piątek, 17 lutego 2017
Belle epoque czyli epokowy facepalm

Skusiłam się na polski serial. Nie będę udawała, że łączyłam z nim naprawdę wielkie oczekiwania, bo jestem świadoma wyobraźni polskiej telewizji, nawet tej, która ma duże pieniądze, rozmach, a nie ma za to misji upowszechniania jedynego słusznego światopoglądu. Niemniej po szumnych zapowiedziach, że "tego jeszcze w polskiej telewizji nie było", ładnych, choć bezczasowych winietkach, kilku nazwiskach, do których mam zaufanie, w obsadzie, kostiumach z londyńskiej wypożyczalni filmowej, a nie magazynu teatrzyku prowincjonalnego domu kultury (vide niesławna uczta w Wiedźminie, która nasuwała mi skojarzenie z biesiadą w peerelowskim geesie) - po tym wszystkim spodziewałam się poziomu przynajmniej przyzwoitego.

Niestety PPP nie został przez serial Belle epoque osiągnięty. Pierwszy odcinek zaprzepaścił tę szansę i jakkolwiek zamierzam dzielnie dać szansę odcinkowi drugiemu (kołacze mi się po głowie jakiś serial, który niesłusznie osądziłam po jednym odcinku, może N pamięta, co to było), to nie obiecuję już sobie po nim nic, tak na wszelki wypadek.

Bo co mam sobie obiecać po tym, jak z wypiekami na twarzy czytałam o drobiazgowym odtwarzaniu epoki, a następnie po oczach walą mnie współczesne żaluzje w oknach urzędu, przypadkowe obrazki, które sobie na ścianie zawiesił pozbawiony gustu właściciel wynajętego wnętrza, blat z katalogu każdej firmy robiącej kuchnie na wymiar z płyty wiórowej, fryzura à la mroczny, ale łagodny metalowiec i jeszcze sporo szczegółów, o których wolałabym zapomnieć?

Co mam sobie obiecać po tym, że Kraków - prawda, miasto wówczas niezbyt duże - składa się z dwóch czy trzech ulic (na pewno Reformackiej i Pijarskiej), a tabliczki informujące, z jakim urzędem mamy do czynienia przyklejono do fasady tak, żeby nie trzeba było zdejmować tych aktualnych, a filmowe dawały się łatwo zdemontować? Zapyziałe miasto, w którym ulice świecą czystością ledwie maskowaną rozrzuconym tu i ówdzie malowniczo niczym na obrazkach jakiegoś Styki czy Stanisławskiego sianem?

Co mam sobie obiecywać po nieznośnej, przestarzałej i pretensjonalnej pracy kamery, której operator na dodatek zachowuje się tak, jakby w ciągu niecałej godziny postanowił przetestowac wszelkie możliwe ograne i niemodne sztuczki swej profesji (albo, co gorsza, jakby po raz pierwszy dostał do ręki bajerancką cyfrową kamerę i włączał na chybił trafił wszystkie wodotryski). W związku z tym raz kamera skacze gwałtownie po całym pomieszczeniu, innym razem snuje się za bohaterem, zazwyczaj na dodatek nieciekawie prześwietla zdjęcia (ach, te refleksy!) albo też zabawia się ogniskową i filtrami, sztucznie zamazując nam część kadru i nienaturalnie wyostrzając postaci. Efekt niestety jest taki, jakbyśmy wrócili się do pierwszych plenerowych spektakli teatru telewizji albo w ogóle do czasów rear projection, ponieważ postacie wydają się wycięte z otoczenia.

Co mam sobie obiecać po fabule, której rozwiązania domyśliłam się, gdy tylko na ekranie pojawiła się pierwsza palma męczeńska (o podobny przebłysk geniuszu przyprawiła mnie ostatnio powieść Florystka niejakiej Katarzyny Bondy - kto jest mordercą zgadłam przy pierwszym pojawieniu się postaci w jednej dziesiątej książki -  a jest to wyjątkowo niepochlebne porównanie), a która na dodatek została poprowadzona tak prymitywnie i na skróty, że bardziej się nie da? Co po zbieraninie nijakich i na dodatek mało prawdopodobnych i nie z tej epoki (nie z tej ponoć przedstawianej z taką dbałością epoki, znaczy się) postaci będących w najlepszym razie podręcznikowymi typami, a nie bohaterami z krwi i kości? Co po dialogach, od których sztuczności i anachroniczności dostaję gęsiej skórki? Co po kompletnym braku emocji wszystkich po kolei bohaterów?

Co wreszcie mam sobie obiecać po skrajnie nijakim aktorstwie, które tym drewnianym postaciom nie daje choćby cienia życia? W pierwszym odcinku obronili się wyłącznie dwaj panowie Lubaszenko, mimo że nie mieli wiele do zagrania, a kwestie, jakie im napisano, musiały być męczarnią. Paweł Małaszyński sprawia wrażenie, jakby do obsady dostał się z castingu dla naturszczyków, a i to przez pomyłkę. Sprawdziłam sobie jego filmografię i niestety widziałam go jedynie w Pianiście, w którym jest "niewymieniony w czołówce" oraz Katyniu, który grzeszył między innymi drewnianymi postaciami i niewiele lepszym aktorstwem, więc nie mam pojęcia o jego realnych zdolnościach aktorskich. Magdalena Cielecka miała właściwie jedną krótką scenę mówioną, w której wypadła wysoce nieciekawie, nie tylko z powodu fatalnie napisanego tekstu, ale i źle dobranej ekspresji. Pozostałych aktorów nie znam, ale żaden nawet nie zainteresował mnie swoją rolą. A niektórzy, jak np. pani grająca Weronikę i pan grający podejrzanego młodzieńca, byli po prostu fatalni.

A w tym wszystkim tak naprawdę szkoda mi nie tylko zmarnowanej ewidentnie szansy na stworzenie, naprawdę, nowej jakości w polskiej telewizji, skoro już znalazły się na to duże pieniądze. Szkoda mi również pomysłu fabularnego tego pierwszego odcinka, bo on był sam w sobie jako pomysł na motywację seryjnego mordercy całkiem nienajgorszy. Zrobiony dobrze, obroniłby się nawet w Krakowie belle epoque. Niestety scenariusz potraktował go najbardziej prymitywnie, jak się dało, prowadząc bohaterów (bohatera właściwie, bo reszta była tylko tłem) od punktu do punktu i modelowo niwecząc wszelkie napięcie. Skądinąd rozpoczęcie z tak wysokiego konia - seryjny morderca - to nie lada wyzwanie, bo dalej trzeba będzie te zbrodnie eskalować. (To znaczy wcale nie trzeba, fascynujący kryminał można zrobić o zaginionej walizce albo włamaniu do sklepu, ale mam ponure podejrzenie, że twórcy mogą to uznać za konieczne dla utrzymania zainteresowania widzów.). Czytam sobie ostatnio polskie kryminały i to właśnie jest jednym z ich największych problemów - dzieją się one w jakiejś dziurze na końcu świata, znaczy w środku Polski, i w tej właśnie dziurze co rusz to psychopatyczni mordercy i zbrodnie na miarę milionowej metropolii...

Aha, no i oczywiście ktoś musiał wspomnieć Kubę Rozpruwacza. To zapewne na wypadek, gdyby widz miał wątpliwości (np. na podstawie scenografii i dialogów), w jakiej epoce rzekomo dzieje się akcja. Bo przecież nie może być XIX wieku bez Kuby Rozpruwacza.

Kraków

PS. Dopisuję pod wpływem komentarza pfg, bo pisząc powyższe nocą, zapomniałam o jednym aspekcie.  Otóż fatalnie wypada pomysł z współczesnymi piosenkami jako ilustracją muzyczną. Wierzę, że to sie może sprawdzić w filmie czy serialu mocno przestylizowanym, którego cała estetyka jest pod taką koncepcję dobrana. Ale w czymś, co jest robione środkami do bólu tradycyjnymi i bez wyraźnego zamysłu stylistycznego, wychodzi estetyczny bełkot. Jak w jednym z moich skądinąd ulubionych filmów fantasy, "Ladyhawke", gdzie wszystko jest cudne, tylko niech ktoś wymieni muzykę...

Save

Save

Save

Save

niedziela, 17 marca 2013
Nie spełniać marzeń!

Nigdy nie przypuszczałam, że napiszę notkę pod takim tytułem, ja, która wśród ulubionych cytatów na jednym z pierwszych miejsc (jeśli nie pierwszym ex aequo z patronującym temu blogowi Keatsem) mam Conradowskie "To follow the dream, and again to follow the dream – and so – ewig – usque ad finem..."

Ale zastanawiając się nad różnymi możliwymi tytułami i początkami dla tego wpisu ten właśnie uznałam za najsłuszniejszy. Alternatywą było przede wszystkim retoryczne zapytanie PT Czytelników, co łączy Tannhäusera Wagnera, Szeherezadę Rimskiego Korsakowa oraz musical Les Misérables. Po którym to pytaniu nastąpiłby wykład o tym, że nie chodzi mi o powracające tematy muzyczne, choć, co zabawne, akurat to łączy. Ale oczywiście retoryczność tego pytania polegałaby na tym, że jest na świecie chyba tylko jedna osoba, która byłaby w stanie poprawnie nań odpowiedzieć, bo wie, że elementem łączącym są moje osobiste doświadczenia, które na dodatek należą w sumie do dwóch zbiorów. Dobra, dość tego bełkotu, przejdźmy do rzeczy.

Zacznę od końca i spróbuję jakoś ruchem spiralnym dojść do sedna, tytułu i początku. Część czytelników zna zapewne moje odczucia po obejrzeniu filmu Les Misérables, które ujęłam w takiej mniej więcej mini-recenzji: nudna muzyka, nijakie recytatywy przerywane popowymi piosenkami, a na dodatek nikt nie umie śpiewać. No i film wydał mi się jako film bardzo nierówny, a w kinie siedziałam marząc głównie o tym, żeby wreszcie przestali mnie katować nieczysto śpiewaną nieciekawą muzyką. Co zabawne, kiedy do tegoż kina weszłam - lekko spóźniona z powodu korków w pięknym mieście Krakowie - właśnie brzmiała uwertura i zaczynało się "Look Down", które chwyciło mnie za serce. Niestety potem zaczęli śpiewać aktorzy i z minuty na minutę moje zniechęcenie rosło, ledwie ożywione powrotem początkowego motywu jakoś w połowie tej drogi przez mękę.

Kiedy następnie N. jednak dostała ostrej fazy fanostwa, uznałam, że tak bywa, bo w końcu jej ulubioną operą jest Wesele Figara a moją Tristan i Izolda, więc jakkolwiek gusta muzyczne mamy zasadniczo podobne, w szczegółach wariactwa na jakiś konkretny temat często się rozmijamy. Zasadniczo odmówiłam zatem wspominania koszmaru. Ale ta podstępna kobieta małymi kroczkami podsuwała mi pewne sugestie, głównie z jubileuszowych koncertów w 1995 i 2010: a to puściła "Master of the House" w wykonaniu aktora, który grał ważną - i całkowicie niemusicalową - rolę w jednym z moich ulubionych brytyjskich seriali (Garrow's Law), a to puściła "Stars" (2010) z niewinnym na pozór pytaniem, jak mi się - niezależnie od muzyki - podoba wykonawca, a to podesłała youtubowe kawałki zaśpiewane przez panów, których widziałyśmy wcześniej w jubileuszowym Upiorze w operze i bardzo nam się spodobali. Po krótkim okresie takiej nadprogowej reklamy doprowadziła do tego, że sama zaczęłam odsłuchiwać coraz więcej kawałków i odkryłam, że całość może brzmieć zupełnie inaczej niż w filmie. Ba, że przy całej prostocie pomysłu, żeby wszystko oprzeć na kilku powtarzających się i powracajcych melodiach, tej muzyki całkiem fajnie się słucha.

Teraz będzie dygresja, tłumacząca, o co chodzi z resztą przywołanej tu wcześniej muzyki, do której powinnam jeszcze dorzucić IX symfonię "Z nowego świata" Dvořaka oraz Błękitną rapsodię Gershwina. Otóż te dwie ostatnie znałam w dzieciństwie z takich sobie, w najlepszym razie przyzwoitych nagrań i nie tyle nie lubiłam, ile trafiły do mnie naprawdę dopiero kiedy odkryłam nagrania bardziej dynamiczne, wydobywające naturę tej muzyki. Z Szeherezadą było podobnie, tyle że winną była tu krakowska Filharmonia i jej orkiestra, która zagrała ten śliczny przecież utwór tak, jakby muzykom płacili od czasu trwania utworu, a na dodatek tak, jakby w partyturze nie istniały oznaczenia głośności, o tempie już nie mówiąc.

Tannhäuser to z kolei nieco inna bajka: jak już kiedyś pisałam, zupełnie nieoczekiwanie zakochałam się w tej operze od pierwszego wejrzenia, a raczej odsłuchania fragmentów, a następnie pełna zapału poszłam obejrzeć gościnny występ Opery Śląskiej w Krakowie. Jasne, Teatr Słowackiego ma bardzo taką sobie akustykę, zwłaszcza dla muzyki, ale nie sądzę, żeby teatr w Bayreuth z jego custom made wagnerowską akustyką był w stanie uratować to wykonanie, ba, obawiam się, że pogrążyłby je dodatkowo. Nie dość, że zwłaszcza wykonawcę tytułowej partii ledwie było słychać, nie dość, że śpiewano po polsku (!!!), to jeszcze na dodatek znów w tempie czterogodzinnego marsza pogrzebowego i bez jakiejkolwiek modulacji tempa czy natężenia dźwięku. Pamiętam ten spektakl jako jakąś ogólną bezkształtną masę dźwięków, w której nawet nie bardzo słychać główne motywy muzyczne.

I teraz powrót do Les Misérables. Film wywołał we podobne wrażenie: jakieś orkiestrowe, niezbyt wyraźne dźwięki plus mamrotanie wykonawców. A na okrasę coś, czego wyjątkowo nie znoszę w śpiewaniu, mianowicie piszczenie. Wszystkie jak jeden mąż panie w tym filmie śpiewają na granicy (albo i poza nią) swojego rejestru i w sumie nie ma znaczenia, czy Anne Hathaway (Fantine), jak mówią, odebrała wykształcenie muzyczne, a Amanda Seyfried (Cosette) śpiewała w Mamma Mia! - w obu przypadkach ich głosy atakowały moje bębenki nieznośnym piskiem à la "księżniczki Disneya", że posłużę się trafnym porównaniem N. Na dodatek również Hugh Jackman (Valjean), aktor, którego nie dość, że lubię, to jeszcze znałam z kilku musicalowych klipów, w których był świetny (i w rodzinnej Australii był przede wszystkim aktorem śpiewającym), został tu ustawiony zdecydowanie powyżej swojego naturalnego rejestru, w związku z czym męczył się niemiłosiernie z każdą frazą i niestety często fałszował, a jego Valjean głosowo sprawiał wrażenie odwiecznego suchotnika a przynajmniej astmatyka, zamiast potężnego zarówno ciałem jak i duchem siłacza.

Co więcej, nie to wszystko było w tym wykonaniu najgorsze. Helena Bonham Carter, aktorka wybitna zarówno w rolach poważnych jak i komediowych, jak również Sasha Baron Cohen, komik może nie w moim guście ale wyrazisty, nie powinni zabierać się na serio za śpiewanie, nawet jeśli chodzi o role groteskowe. A skoro już reżyser uznał ich za idealnych odtwórców koszmarnej rodzinki Thénardierów (aktorsko i ruchowo w bardzo ładnie zainscenizowanej sekwencji "Master of the House" są rzeczywiście dobrzy) to należało ich przekonać - co udało się w przypadku Minnie Driver w filmowym Upiorze - że śpiewać powinien ktoś inny.

A i oni nie są największą katastrofą muzyczną tego filmu. Jest nią aktor, którego marzenia o muzycznej karierze zainspirowały tytuł niniejszej notki. Szanowni państwo, oto zdobywca statuetki, Russell Crowe w roli inspektora Javerta. Na pierwszy rzut oka duet Jackman-Crowe wydawał się do dwóch głównych ról całkiem dobry; nie jestem wielbicielką Crowe'a, ale kilkoma rolami pokazał, że daje sobie radę z postaciami charyzmatycznymi i mającymi na ekranie efektownie się prezentować. Niestety, zamiast kontynuować pełną sukcesów karierę specjalisty od szlachetnych bohaterów z problemami, Russell C. postanowił spełnić swoje marzenie i co więcej, przekonał do tego osoby od castingu do Les Misérables, które całą obsadę kompletowały chyba w stanie pomroczności jasnej. Russell C. nadaje się bowiem na aktora musicalowego mniej więcej tak jak ja na zdobywcę biegunów. Russell C. nie umie śpiewać w stopniu wręcz katastrofalnym, w związku z czym to wszystko, co muzycznie jest jedną z dwóch najmocniejszych (obok scen zbiorowych) stron omawianego dzieła, czyli konfrontacje Javerta z Valjeanem, wzięło kompletnie w łeb. Z jednej strony mamy bowiem przesterowanego, zadyszanego i mocującego się z własnym falsetem Jackmana, z drugiej - mamroczącego w miejscami dość dalekich okolicach melodii Crowe'a.

Na szczęście są inne wykonania, w których główne role śpiewają ludzie umiejący śpiewać, a muzyka nie jest zarżnięta przez zmianę sporych kawałków z melodyjnych recytatywów w partie mówione (tego pomysłu w filmie już całkowicie nie ogarniam) ani też spowolniona; osobiście moim chwilowo bezwzględnie ulubionym jest londyński koncert z okazji dwudziestopięciolecia (2010). I wszystko byłoby w tej właśnie wersji w porządku, nie musiałabym wykreślać tego przysłówka z poprzedniego zdania, gdyby nie jeden drobny szczegół: również w tym przypadku realizatorzy postanowili spełnić czyjeś marzenie i skończyło się to (muzyczną) katastrofą. Tym razem marzycielem był niejaki Nick Jonas (Marius), na co dzień wokalista boysbandu, chłopak może i śladowo muzykalny, ale potrafiący śpiewająć wyłącznie w manierze boysbandowej, zapewne chwytającej za serce spore rzesze nastolatek, ale do poważnego musicalu nienadającej się w sposób dramatyczny. Między innymi dlatego, że wszelkie partie liryczne natychmiast staczają się w specyficzny zaśpiew i charakterystyczne niewykończone, jakby połknięte frazy. Z innym Mariusem przełknęłabym w tym spektaklu całą niekoniecznie jak na mój gust idealną reszę (Eponine, Cosette i Thénardier - ten ostatni głównie dlatego, że rewelacyjny jest gdzie indziej), bo duet Valjean/Javert wynagrodziłby mi wszystko, a i rewolucjoniści są jeden w drugiego znakomici.

Przyznam bowiem, że niezbyt podoba mi się również to, jak w tym konkretnym wykonaniu oraz w filmie śpiewa Samantha Barks (Eponine), choć niewątpliwie z osób występujących w filmie jest najlepsza technicznie. Niestety jej maniera z kolei jest raczej w stylu r&b, za którym w ogóle nie przepadam, a poza tym średnio się sprawdza w dziele, które oparte jest jednak na tradycjach muzyki klasycznej, z aranżacją na dużą orkiestrę itd. Ani boysband, ani r&b mi do tego musicalu nie pasują (nie pasowałyby takoż do Upiora), za to sprawdza się tu zarówno śpiew operowy jak i śpiewający aktorzy, w związku z czym zachwycają (tak, zachwycają) mnie zarówno występujący wcześniej głównie w English National Opera Alfie Boe (Valjean 2010), jak i nowocześni aktorzy musicalowi Norm Lewis (Javert 2010), Ramin Karimloo (Enjolras 2010) oraz Lea Salonga (Fantine 2010, Eponine 1995), a nawet umiejący śpiewać aktorzy dramatyczni, jak przywołany wcześniej bez nazwiska Alun Armstrong (Thénardier 1995 - jedyny, który nie jest tylko groteskowy, ale również kiedy trzeba - przerażający).

Nadal w warstwie muzycznej nie przekonują mnie postacie kobiece - ich solówki za bardzo jak na mój osobisty gust wyrywają się z dramatycznej całości i brzmią zanadto jak popowe piosenki wplecione w dramatyczną fabułę, która jednak jest przede wszystkim o Valjeanie i Javercie z jednej strony, a o nieudanej i idealistycznej rewolucji z drugiej, i na szczęście w obu tych przypadkach muzyka staje na wysokości zadania. W związku z tym na moim osobistym soundtracku, sklejonym z dwóch wersji koncertowych (a właściwie trzech, jako że "Empty Chairs" wzięłam z kolei z solowego występu Johna Barrowmana, bo Marius jest nieznośny w obu koncertach - w 1995 Michael Ball śpiewa go zbyt manierycznie, jak liryczne role z lat '80, a o 2010 pisałam) role kobiece ograniczyłam do minimum i to raczej scen dramatycznych a nie solówek.

Wrócę sobie teraz do samego początku. Nie mam pojęcia, czy etatowi artyści Opery Śląskiej marzyli o zaśpiewaniu Wagnera, ale na pewno nie powinni byli się na niego porywać. Nie mogę też mieć pretensji do przyzwoitych, choć nieporywających wykonań Gershwina czy Dvořaka. Stanowczo natomiast protestuję przeciwko spełnianiu takich marzeń aktorów, które skutkują takimi sytuacjami jak opisana: że mało brakowało, a obraziłabym się na Les Misérables na wieki i tylko pewnej polytropos gyne zawdzięczam, że tak się nie stało, a nawet zawdzięczam jej pewien stopień fangirlingu. O ścieżce dźwiękowej filmu staram się zapomnieć, aczkolwiek "Stars" z tejże może powinnam sobie puszczać, kiedy na przykład wydaje mi się, że coś, co robię - zwłaszcza z tego powodu, że lubię lub chcę to robić - jest do niczego. Zawsze przecież może być gorzej.

gladiator

PS. Ukułam nawet termin "russelizm" na coś wyjątkowo nieudacznego.

PS 2 (pół dnia później). Przekonana przez jednego z komentatorów zmieniam :"russelizm" na "krowizm", z przeproszeniem wszystkich krów.

sobota, 24 kwietnia 2010
A niech to piorun...

Jak zapewne wiedzą niektórzy czytelnicy tego bloga, moją ulubioną serią z tych, które tłumaczę, jest "Percy Jackson i bogowie olimpijscy" Ricka Riordana. Pisałam o tych książkach już chyba ze dwa razy, ale przypomnę: na fali popularności młodzieżowej literatury z magią czy innymi siłami nadprzyrodzonymi w tle człowiek zajmujący się dotychczas z powodzeniem pisaniem kryminałów dla dorosłych (to dość istotne) wymyślił świat, w którym greccy bogowie - niemalże jak w moim ulubionym wierszu Kawafisa - nie odeszli, ale mają się świetnie, umieścili dwudziestowieczny Olimp nad Nowym Jorkiem i po staremu zajmują się między innymi romansami ze śmiertelnikami/śmiertelniczkami, a z takich związków jak dawniej rodzą się herosi.

Problem oczywiście w tym, że wiele śmiertelnych mam (i rzadziej ojców) takich herosów, nie ma pojęcia, kto jest drugim rodzicem i dlaczego ich dzieci mają kłopoty w szkole - i w życiu. A te kłopoty biorą się przede wszystkim z faktu, że heros - jak wiadomo z mitologii - zajmuje się głównie polowaniem na potwory i uwalnianiem od nich ludzkości, potwory tymczasem nie giną naprawdę, tylko raz ubite znów po jakimś czasie wyłażą z otchłani Tartaru, żeby prześladować ludzi. Współcześni herosi (w sensie: półbogowie) wyposażeni są więc jak i dawniej w szybki refleks przydający się walce - stąd powszechne wśród nich ADHD - a także ze względu na dziedziczoną po jednym z rodziców predylekcję do klasycznej greki a nie współczesnej angielszczyzny często cierpią dodatkowo na dysleksję.

Jednym z takich dzieci jest tytułowy Percy, syn Posejdona. Ma on dodatkowy kłopot: mniej więcej pół wieku temu trzej najpotężniejsi bogowie, synowie Kronosa i Rei - Zeus, Posejdon i Hades - zawarli pakt, że nie będą więcej płodzić dzieci ze śmiertelniczkami, ponieważ ich potomkowie robili zbyt wiele chaosu na świecie. Oczywiście obietnica obietnicą, a nieposkromione apetyty Zeusa i Posejdona to zupełnie inna sprawa. Ergo: przyrzeczenie bywa łamane, a takie dzieci w większym jeszcze stopniu narażone na ataki potworów.

Seria jest pięcioczęściowa, właśnie zabieram się za tłumaczenie tomu czwartego, a całość spaja główny wątek związany z knowaniami strąconych do Tartaru tytanów i przepowiedni dotyczącej jakiegoś dziecka "Wielkiej Trójki". Fabuły nie są bardzo skomplikowane - to w końcu książki dla młodzieży od lat 12, sądząc ze startowego wieku głównych bohaterów - aczkolwiek tom drugi i trzeci kończą się twistami, w których widać rękę specjalisty od kryminałów. Postacie, zarówno młodych bohaterów jak i niektórych bardzo starych bogów czy centaurów, mają poza tym złożone motywacje, a wątki romansowe i rodzinne dalekie są od stereotypu. Kolejnym ogromnym plusem książek Riordana jest nienachalne wplatanie sporej dawki wiedzy mitologicznej: tytułowy bohater, który prowadzi narrację pierwszoosobową, nie jest najbardziej oczytanym młodzieńcem, toteż bardzo często na ratunek jego wiedzy musi spieszyć przyjaciółka, córka Ateny.

Zaraz, zaraz, zapyta ktoś - córka Ateny? Pomijając fakt, że wedle mitologii Atena była wspólnie z Gają matką Erichtoniosa, a więc nie jest tak, że nie miała żadnych dzieci jak Artemida, Riordan sprytnie rozwiązuje ten problem: dzieci Ateny są "dziećmi umysłu", tak jak ona sama narodziła się z Zeusowej myśli, wyskakując ojcu z głowy w pełnej zbroi. Nie, wbrew temu, co wypisują recenzenci, którzy wyłącznie widzieli film Złodziej pioruna wg pierwszego tomu serii, w książkach nie ma mitologicznych bzdur. Wręcz przeciwnie, osoba nieco się na rzeczy znająca, czasami przeciera oczy ze zdumienia na widok mało znanych wersji mitów, włącznie - w tomie trzecim - z opowieścią znaną wyłącznie z Fasti Owidiusza, a i tam wspomnianą tylko mimochodem*. Nie na darmo konsultantami serii byli filologowie klasyczni z najlepszych amerykańskich uniwersytetów...

Tyle o książce. A teraz o tym, co zrobił z nią niejaki Chris Columbus, wydawać by się mogło sprawny fachman od filmów dla młodzieży. Po pierwsze wbrew wcześniejszym zapowiedziom fabuła została całkowicie zmieniona, mimo że akurat pierwszy tom wydawałby się gotowym niemal scenariuszem (można by nawet ze względu na zawsze wątpliwą kwestię kontynuacji pominąć wątek przepowiedni i wpleść go dopiero w drugiej części), co sprawia, że filmowa akcja istotnie - tu nie sposób nie zgodzić się z częścią recenzji - przypomina bardziej grę komputerową niż cokolwiek innego. Po drugie całkowicie zmienione zostały psychologiczne punkty ciężkości, w związku z czym na samym końcu Posejdon okazuje się toksycznym tatusiem, który tak naprawdę chciałby mieć super układy z ukochanym synkiem, ale ma trudny temperament i nie jest w stanie usiedzieć w domu.

No to był moment, kiedy już całkiem nie wytrzymałam. Jedną z wielkich zalet powieści Riordana jest to, że jego bogowie są całkowicie od ludzi odmienni: inaczej myślą (trochę trudno myśleć tak samo jak się ma kilka tysięcy lat i posiada nadprzyrodzone moce, a zarazem jest się skrępowanym najróżniejszymi prawami rządzącymi stosunkami ze śmiertelnymi), inne i inaczej warunkowane mają emocje - polecam w tym względzie świetną scenę narady bogów w tomie trzecim, gdzie Atena, skądinąd postrzegana przez swoją córkę jako dobra choć odległa opiekunka, z zimną krwią rozważa pozbycie się niewygodnych herosów. To nie są dwudziesto- czy dwudziestopierwszowieczni rodzice z całym bagażem współczesności, psychologii rozwojowej i wrażliwości, ale znacznie potężniejsze od ludzi istoty, które wprawdzie aby móc poruszać się niezauważenie wśród śmiertelników założyły garnitury i sukienki, ale wciąż należą do innego świata i porządku. I to jest w tych książkach bardzo fajne - a sprowadzenie boskiego ojca do roli faceta, który wprawdzie w swojej naturalnej postaci mierzy kilka metrów wzrostu, ale poza tym zachowuje się jak każdy współczesny nie radzący sobie z rolą ojca facet, jest niewybaczalnym grzechem wobec oryginału. Podobnie jak skontaminowanie w jednej postaci dwóch spośród kilku głównych bohaterek, w związku z czym nominalna córka Ateny zachowuje się jak godna potomkini Aresa.

Punkt trzeci - gadżety. W książkach wprawdzie część herosów chodzi (albo usiłuje chodzić) do szkoły i tylko na lato przyjeżdża na Long Island, gdzie Chejron prowadzi obóz dla półbogów: tu  są oni bezpieczni i mogą uczyć się jak przeżyć w świecie (w filmie obóz jest jedynie miejscem wojennych treningów i zniknęła z niego cała stylizacja na antyk), a zatem zna z pewnością wynalazki takie jak telefony komórkowe czy komputery, ale kiedy są razem w swoim świecie, kontaktują się z innymi istotami do tego świata należącymi za pomocą specjalnych gadżetów, jak chociażby iryfon czyli porozumiewanie się na odległość dzięki tęczy (bogini Iris, jak wiadomo, zajmowała się między innymi noszeniem wiadomości). Oczywiście tacy bogowie jak Ares czy Hermes z radością korzystają ze współczesnej techniki - moim ukochanym pomysłem jest kaduceusz zamieniający się w komórkę, po której antence pełzają, kłócąc się nieustannie, dwa zminiaturyzowane węże, z których jeden jest przemądrzałą wężycą, a drugi zblazowanym samcem, powtarzającym w kółko, że szczury są pyszne. I co? I w filmie tego wszystkiego nie ma. Za to jeden z bohaterów, bardzo skądinąd ważny, ale tu pozbawiony wszelkiej komplikacji psychologicznej, ma w obozie herosów przemycone mnóstwo sprzętu komputerowego. Po co?

Bez sensu są też zmiany w tożsamości tytułowych "złodziei pioruna" i przypisanie Hadesowi dość skądinąd niejasnych złych intencji. W serii powieściowej Hades jest bodaj czy nie najciekawszą - w sensie najbardziej złożoną - postacią spośród bogów (Hermes, Ares, Afrodyta, Apollo czy Artemida - mimo że również dobrze pomyślani i rozegrani - to inna liga, mimo wszystko nieco łatwiej dogadują się z ludźmi niż dzieci Kronosa) , a spotkanie bohaterów z Królem Umarłych w pierwszym tomie to jedna z najbardziej nastrojowych scen w literaturze młodzieżowej, jakie znam. W filmie postawiono na ni to komiczny, ni to dramatyczny wątek toksycznego małżeństwa Hadesa i Persefony, który jakkolwiek ma potencjał na ciekawe ujęcie, w wykonaniu filmowym nie ma sensu ani mitologicznego, ani fabularnego. A już Hades zmieniający się w ni to Balroga, ni to Lucyfera z jakiejś podróbki rycin Blake'a, to kompletne nieporozumienie.

Po tym filmie widać przede wszystkim, że w przeciwieństwie do Ricka Riordana scenarzyści i realizatorzy kompletnie nie czują greckiej mentalności i mitologii. Nie mają pojęcia, że świat klasyczny nie zna pojęcia "złych bogów" - Hades czy Persefona są bóstwami przerażającymi, wszyscy bogowie bywają okrutni, ale żadne z nich nie jest immanentnie złe. Greccy bogowie nie są też wszechpotężni - są w podobnym stopniu co śmiertelnicy ograniczeni przez los i inne siły stojące ponad nimi - ani wszechwiedzący. W książkach jest to oczywiste, w filmie nie. Co więcej, na forach amerykańskich znalazłam wiele recenzji zaczynających się mniej więcej od prześmiewczego stwierdzenia "co to za bóg z tego Zeusa, skoro nie wie, kto mu ukradł piorun". Film wg książki Riordana niestety zmarnował szansę wytłumaczenia tego przeciętnemu amerykańskiemu widzowi.

Jedynym właściwie plusem filmu jest obsada. Młodzi bohaterowie grani są przez niezwykle utalentowaną czwórkę młodych aktorów - sporo starszych niż oryginalne dzieciaki z powieści, ale to akurat najmniej razi, mimo że w czasie realizacji filmu wydawało się największym zgrzytem. W rolach pomniejszych występują gwiazdy: Pierce Brosnan jako Chejron, Uma Thurman jako Meduza. Najlepszą moim skromnym zdaniem sceną całego filmu jest rozmowa Zeusa z Posejdonem na samym początku (aczkolwiek powinna być ucięta w połowie, a jej druga część podana dopiero później) - wybór Seana Beana, którego od czasów Boromira we Władcy Pierścieni uważam za aktora najlepiej ze współczesnych gwiazd wyglądającego w historycznych kostiumach (zwłaszcza nie przebierajcie, proszę, nigdy więcej w nic, co ma ponad pięćdziesiąt lat Brada Pitta!) na Zeusa i Kevina McKidda (jedna z głównych ról w moim ukochanym serialu Rzym) na Posejdona to majstersztyk. Pięknie i bardzo seksownie wygląda Rosario Dawson jako Persefona, aczkolwiek podobnie jak w przypadku upiornego Aleksandra Olivera Stone'a nie jestem przekonana, czy ta skądinąd niezwykle atrakcyjna i urodziwa Portorykanko-Kubanka jest najlepszym wyborem na akurat persko-greckie piękności. Steve Coogan w roli Hadesa dobry ma głównie głos - mógłby spokojnie zastąpić Jamesa Earla Jonesa w roli Dartha Vadera.

I jeszcze jedna uwaga, zakrawająca niemal na teorię spiskową. Tuż po obejrzeniu filmu przypomniał mi się nastrojowy pierwszy trailer. Sceny tam przedstawionej, bardzo zgodnej z fabułą powieściową, nie ma w Złodzieju pioruna. Ogłoszona obsada przewidywała ponadto Raya Winstone'a, aktora z silnej hollywoodzko-brytyjskiej drugiej ligi, a więc nie byle kogo, w roli Aresa, a tymczasem boga wojny - w oryginale grającego bardzo ważną rolę - w ogóle nie widzimy na ekranie. W obsadzie był również Dionizos, książkowo wręcz pierwszoplanowy, ale w filmie nie pojawił się wcale. Jak zatem brzmi moja teoria spiskowa? Ano tak, że gdzieś w połowie prac nad filmem ktoś - producent? scenarzysta? - nagle zmienił zdanie i to, co widzimy jako efekt końcowy, jest jakimś poronionym dzieckiem pierwotnego scenariusza i wprowadzanych na chybcika i dość na chybił-trafił zmian. Pierwsza część filmu: szkoła, muzeum, dom nijak nie składa się z resztą, jakby pochodziła z tego oryginalnego projektu. A szkoda, bo mogło być tak fajnie... To, co wyszło, Zeus powinien szybko trafić odzyskanym piorunem, a jakiś dobry reżyser niechby zrealizował na przykład miniserial - obecnie telewizja dysponuje możliwościami efektów specjalnych nie gorszymi niż film, a wyliczanie tego, co niepotrzebnie wycięto z książki - fabularnie i psychologicznie - pokazuje, że jest nawet tylko w pierwszym tomie potencjał na więcej niż dwugodzinny film.

Zeus/Posejdon z przylądka Artemizjon

* Nieco więcej na ten temat napisała w swojej recenzji z trzeciego tomu N.

niedziela, 07 lutego 2010
Drugie zmartwychwstanie Sherlocka Holmesa

Jeśli ktoś jest przywiązany do wizerunku flegmatycznego angielskiego dżentelmena w eleganckiej wiktoriańskiej pelerynie i kaszkiecie, o nienagannych manierach i lekko wyniosłym sposobie bycia - niech nie idzie na najnowszego "Sherlocka Holmesa". Najnowsze wcielenie detektywa-geniusza (Robert Downey Jr.) to wulkan energii: człowiek nadpobudliwy, którego wszędzie pełno i dla którego brak adrenaliny jest chyba najgorszym koszmarem. Zarazem jednak nie traci nic ze swego słynnego analitycznego geniuszu.

Wręcz przeciwnie - od pierwszej sceny jesteśmy świadkami tego, jak działa umysł Sherlocka, i przez cały film ten wątek nieustannie powraca: część scen oglądamy najpierw w zwolnieniu, jako analizy zamierzonego działania przed podjęciem akcji, a następnie w "czasie realnym". Czasami jest też na odwrót: analizę otrzymujemy już po obejrzeniu epizodu. Oglądamy wtedy to samo, co wcześniej, ale z innej perspektywy - i nagle żaden szczegół nie wydaje się już przypadkowy.

Ogromna większość dotychczasowych ekranizacji, adaptacji czy też wariacji na temat stawiała na to, że Sherlock działa systematycznie, powoli, że najpierw szczegółowo obmyśla plan działania i analizuje szczegóły, tu zaś pokazano nam człowieka, którego geniusz polega nie tylko na bezbłędnej interpretacji najdrobniejszych szczegółów, ale też na umiejętności dokonania błyskawicznego osądu sytuacji i wybrania najlepszej strategii działania. Procesy myślowe prowadzące do decyzji działają tu nierzadko w ułamkach sekund - ale tak przecież działa nasz mózg, zwłaszcza jeśli mamy szybki refleks. W filmie to, co dzieje się w głowie takiego osobnika jak Holmes, w przeciągu milisekund, pokazano jako ciąg logicznych wniosków i konkluzji, czyli fizjologię mózgu rozpisano na sceny. Bardzo to pomysłowe i bardzo wzbogaca postać, aczkolwiek, jak wspomniałam na wstępie, jeśli ktoś nie wyobraża sobie inaczej Sherlocka niż jako nobliwego dżentelmena, jakiego serwowały nam wcześniejsze filmy (choć niekoniecznie książki), niech nie wybiera się do kina.

Sherlock Holmes posiada bowiem cały zestaw cech takiej osobowości, jaką mu tu nadano: jest (dla zewnętrznego obserwatora) niepoprawnym bałaganiarzem, w którego mieszkaniu nie sposób nic znaleźć (tak się w każdym razie ludziom wydaje), który nie dba o higienę osobistą (no cóż, czasem można się tak zatracić w twórczym myśleniu, że czas biegnie sobie obok), a na dodatek wali prosto z mostu, co sądzi o innych ludziach, nie bacząc, że może urazić ich uczucia. Tak jest między innymi z Mary, narzeczoną Watsona; tu zresztą pojawia się bardzo ładnie wpleciony motyw, że nawet skrajny geniusz może się w jakimś szczególe pomylić, jeśli myśli jego pobiegną szlakiem stereotypów bądź też statystyki. Ładny ludzki szczególik.

Ładnym motywem jest również zazdrość Sherlocka o planującego ożenek przyjaciela; Sherlock to wieczny chłopiec, któremu ani w głowie ustatkowanie się, podczas gdy Watson marzy - tak mu się przynajmniej wydaje - o żonie, domu, dzieciach i ucieczce od wariackich przygód z genialnym i niełatwym przyjacielem.

Doktor Watson Jude'a Lawa pozostaje siłą rzeczy w cieniu wybuchowej natury (i szalonego aktorstwa) Sherlocka, ale zarazem nie sposób oderwać od niego oczu. Wielokrotnie pozostaje na ekranie w nostalgicznym ujęciu i z tajemniczą miną, bo właśnie - jak zwykle - porzuca przygody z Sherlockiem, żeby się ustatkować, ale za chwilę widzimy, jak kopniakiem otwiera drzwi, ponieważ jednak zew przyjaźni i adrenaliny okazuje się silniejszy. Watson jest tu zresztą bardzo wyraźnie pokazany jako były lekarz wojskowy, któremu nieobce są również działania w akcji. Obaj panowie nie są młodzieniaszkami, nie są też statecznymi starszawymi dżentelmenami na emeryturze - ot, dwaj mężczyźni w średnim wieku, wciąż jeszcze bardzo sprawni fizycznie, ale już z posiwiałymi lekko skroniami i melancholijnym spojrzeniem ludzi, którzy sporo w życiu widzieli. Tak samo jak niespożyta energia Sherlocka, tak i zewnętrzne opanowanie Watsona są magnetyzujące. Niełatwa przyjaźń tych dwóch jest jednym z najmocniejszych punktów filmu i aktorstwa.

Fabuła filmu jest znakomita i utrzymana w klimacie najlepszych powieści i opowiadań Arthura Conan Doyle'a, a także w tradycji powieści gotyckiej. Magia versus racjonalizm, drugie dna, niezwykłe zwroty akcji - to wszystko sprawia, że historię niecnych knowań lorda Blackwooda śledzimy z zapartym tchem, przekonani, że tym razem Sherlock rzeczywiście natrafił na zagadkę, która przerasta nawet jego geniusz. Co więcej, są w tym filmie takie sceny i takie wątki, że można być przekonanym, że tym razem zamiast w Dolinie Strachu Sherlock Holmes wyląduje w Górach Szaleństwa.

Nie przypadkiem przywołuję tu H. P. Lovecrafta - przez cały film miałam wrażenie, że jego duch unosił się nad scenariuszem oraz scenografią, podobnie zresztą jak duch Jana Potockiego i "Rękopisu znalezionego w Saragossie". Mroczne klimaty steampunkowe zostały tu wygrane idealnie: oto jesteśmy wciąż w wiktoriańskich czasach (akcja dzieje się w 1891 roku), które powoli zżera dekadencja, a zarazem na wyciągnięcie ręki mamy wynalazki, które odmienią całkowicie świat. Ten wątek wskazuje zresztą na jeszcze jeden element tytułowej postaci, który twórcy filmu fenomenalnie wydobyli z literackiego oryginału: nie sposób nie uwierzyć, żeby Sherlock Holmes nie spoglądał z nadzieją i fascynacją na rewolucję techniczną, żeby nie zachwycały go nowoczesne wynalazki.

Filmowy Sherlock zachwyca się wynalazkami Lorda Blackwooda, a sekunduje mu w tym, depcząc po piętach śmiertelny wróg - a raczej ten, kto ma się nim okazać w drugiej, zapowiedzianej już części. Jest to oczywiście profesor Moriarty, jako że w filmie pojawia się kilka postaci z literackiego pierwowzoru, wśród nich jeszcze Mary Morstan, narzeczona Watsona, oraz Irene Adler - znana z jednego opowiadania, tu zaś główna protagonistka. Sherlock gra na skrzypcach (po prawdzie w większości scen po prostu wydobywa z ich strun jakieś dziwaczne pizzicata, ale wiemy, że potrafi również ćwiczyć po nocach) i ma nieodłączną fajkę - bardzo ładnie ograną w kilku scenach. Watson ma psa, ogromnego buldoga nieodmiennie nasuwającego skojarzenia z Churchillem, i utyka na jedną nogę. Siedziba obu panów (z której Watson właśnie się wyprowadza) mieści się oczywiście przy Baker Street 221B.

Jest więc ten film zarówno ukłonem w stosunku do starego, dobrego i miejscami bardzo poczciwego oryginału, a zarazem wyobrażeniem o tym, jak współczesny pisarz o talencie na miarę Conan Doyle'a i wyobraźni ukształtowanej przez XX i pierwszą dekadę XXI w. napisałby wiktoriańskiego detektywa. To człowiek, który niczym cyberpunkowi bohaterowie musi balansować na granicy prawa, żeby dotrzeć do sedna zagadki. Nieobce mu wszelkie mroczne zakamarki Londynu - nie stroni od walk bokserskich i fish'n'chips w obskurnym zaułku - ale dzięki temu wierzymy, że istotnie jest w stanie rozpoznać zapachy, których nie wdychają na co dzień zasiadający w Izbie Lordów parowie.

Dałam tej recenzji taki tytuł, jaki dałam, bo przyszło mi do głowy, że tak jak Sir Arthur na żądania czytelników wskrzesił swojego bohatera (był to pierwszy taki przypadek w historii literatury), tak ten film pokazał nam tę postać odrodzoną i przemienioną. Moim skromnym zdaniem - na lepsze. "Sherlock Holmes", podobnie jak niedawno nowy "Star Trek", pokazują, że dawni bohaterowie potrzebują nowej krwi, ale jak już ją dostaną, to okazuje się, że trudno im dorównać. Te dwa filmy pokazują, że można robić nowe wersje starych historii nie tracąc z oczu oryginału, a zarazem biorąc pod uwagę, jak bardzo zmienił się świat w ciągu ostatniego stulecia, czy też tylko jego połowy.

Albert Memorial, Londyn

czwartek, 03 grudnia 2009
Wampiry i wilkołaki

Taki tytuł nosi popularnonaukowa książka Ernesto Petoi, która w jakiś dziwaczny sposób stanowi dla mnie osobistą cezurę w spojrzeniu na to zagadnienie. Lat temu kilka bowiem wraz z N prowadziłyśmy w jednym z krakowskich trendy-artystowskich lokali wieczór poświęcony tej książce i ogólnie kwestii stworów nocy. Na wstępie wygłosiłam wówczas wiekopomne zdanie, które N wciąż mi żartobliwie wypomina: "W zasadzie to ja nie lubię wampirów". I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że już kilka dni później zmieniłam zdanie.

Historia tej zmiany zdania jest złożona i niemalże intymna, i zasadniczo nie zamierzam jej opowiadać, powiem tyle, że miały w niej udział następujące czynniki: system rpg Świat mroku, upór i wytrwałość N, kilka filmów oraz last but absolutely not least (just the contrary) moja osiągnięta wreszcie uczciwość wobec samej siebie. A także, co z punktu widzenia tej notki bodaj czy nie najważniejsze, przekonanie się, że wampir nie musi wyglądać jak 1) Max Schreck, 2) Bela Lugosi, 3) Klaus Kinsky, 4) Gary Oldman w dowolnej charakteryzacji.

Problem bowiem po części leżał w tym, że wszystkie filmy, jakie wcześniej oglądałam, nijak nie były mnie w stanie przekonać do tezy o atrakcyjności - zwłaszcza erotycznej - wampira. Nawet w dziele, które ogólnie bezwzględnie mnie zachwyciło, ale jeśli chodzi o postacie, to głównie tymi kobiecymi, czyli Draculi Francisa Forda Coppoli, tytułowy bohater był tak skrajnie nie w moim typie, że trudno mi było wczuć się w emocje Miny. Okej, może gdybym była mężczyzną, to Monica Bellucci i jej towarzyszki pobudziłyby mocniej moją wyobraźnię... Problem drugi: kiedy po raz pierwszy oglądałam z kolei Wywiad z wampirem, to głównie wkurzał mnie Louis i Brad Pitt, a jakoś przegapiłam, że Lestat Toma Cruise'a to zupełnie inna bajka.

Szczęśliwie w czasie, kiedy coponiektórzy zmówili się, żeby mnie z antymrocznego transu wybić, Wywiad był już na dvd i mogłam odświeżyć wrażenia, a niedługo potem posypały się coraz to ciekawsze propozycje - głównie telewizyjne - spojrzenia na sprawę. I tak małymi kroczkami na przestrzeni raptem kilku lat niechęć przerodziła się w fascynację. Do tego stopnia, że obecnie posiadam ogromną kolekcję filmów i nawet okropności w rodzaju Łowców wampirów Johna Carpentera mnie nie zniechęcą.

Efekt jest taki, że z wypiekami na twarzy chodzę nawet na kolejne Zmierzchy, choć od książek trzymam się mimo wszystko z daleka - taka doza emo w postaci pisanej mogłaby przyprawić mnie o mdłości. Ekran, w każdym razie jak dla mnie, znosi znacznie więcej niż papier.

Ale prawdę mówiąc, nie pisałabym pewnie osobnej notki po obejrzeniu Księżycu w nowiu, gdyby nie to, że jest to również film o drugich istotach z tytułu przywołanej na wstępie książki: wilkołakach. I tak naprawdę, pomimo tego przydługiego wampirzego wstępu, piszę głównie z ich powodu.

O ile bowiem do wampirów żywiłam niechęć spowodowaną, można by rzec, dysonansem pomiędzy wmawianiem mi, że są one atrakcyjne, a nie były, o tyle z filmowymi wilkołakami miałam jeszcze większy problem: nie widziałam ani jednego filmu, w którym byłyby dla mnie w ogóle choćby troszeczkę sympatyczne, no i na dodatek zawsze doprowadzały mnie do łez śmiechu sceny przemiany - tak rozpaczliwie nierealistyczne, sztuczne, udziwnione i nieapetyczne, że aż zabawne. Może jeszcze momentami powolna przemiana Jacka Nicholsona (Wilk) była do zniesienia, bo już kwestia Remusa Lupina z Harry'ego Pottera to osobna sprawa - był pierwszą postacią wilkołaka, którą polubiłam, ale filmowo jego przeistaczanie się wyszło bardzo tak sobie.

I oto nagle w New Moon po raz pierwszy zobaczyłam scenę przemiany, która mnie zachwyciła. Szybka, dynamiczna, płynna - prawdziwie magiczna. Jasne, jest to po części możliwe dlatego, że nie mamy tu do czynienia z klasycznym motywem klątwy, ale indiańskim zwierzęciem totemowym i trudnym ale jednak akceptowalnym dziedzictwem plemienia, w związku z czym twórcy nie muszą nam pokazywać łopatologicznie, jak bardzo nieludzki jest wilkołak i jakim duchowym cierpieniem dla nieszczęśnika jest pora pełni.

Dla sprawiedliwości powiem tylko, że niestety kiedy na ekranie pokazują się zbliżenia wilczej postaci wilkołaków, to jest troszkę gorzej - próba animacji takiej, żeby od razu było widać, że to nie zwykły wilk, troszkę się nie powiodła, komputerowe zwierzęta też nie zawsze naturalnie się poruszają, ale ogólnie jest nieźle. Może wreszcie pozbyliśmy się z kina nienaturalnie wyginających się grzbietów, dziwacznie rosnącej sierści i trzaskających kości.

No dobrze, przyznam się, w końcu literatura i kino, jakie lubię, jest od tego, żeby się identyfikować z bohaterami, zawieszać niewiarę i dawać sobie parę godzin miłej ucieczki od codzienności. Przyznam się do tego, że po raz pierwszy w takiej opowieści nie miałabym pewności, czy wybrać wampira czy wilkołaka.

Fragnent fryzu z Bassai, British Museum

piątek, 07 sierpnia 2009
Harry Potter na pół gwizdka

Po powrocie z panońskiego limesu poszłam wreszcie do kina. I to na niezwykle komfortowy seans: w ogromnej sali jednego z największych kin w Polsce było niecałe dwadzieścia osób... Ale do rzeczy.

Szósta część przygód Harry'ego Pottera jednocześnie zachwyca i rozczarowuje. Zachwyca stroną wizualną - moim skromnym zdaniem jest najlepszym pod tym względem z dotychczasowych filmów z tej serii: całe sekwencje filmowane w oszczędnych barwach - mroczne, niemal monochromatyczne, jedynie z przebłyskami kolorów - opresyjne wnętrza, zimowy krajobraz; ograny został nawet wykreowany lub tez przetworzony komputerowo Londyn, utrzymany w okolicy modnej ostatnio stylistyki, w jakiej filmuje się np. komiksy, czyli pewnej sztuczności realistycznej skądinąd scenerii. Fenomenalna jest grota, w której Harry i Dumbledore szukają horkruksa - ta scenografia stanowi przepiękne nawiązanie do estetyki modernizmu, np.  plakatów filmów grozy z lat '20 i '30 XX w., podobnie zresztą jak ewidentnym ukłonem w tym kierunku jest "mechaniczny" wygląd wieży, w której rozgrywa się kilka kluczowych scen, a także komnata potrzeb, stanowiąca istny gabinet osobliwości szalonego naukowca.

Piękną robotą filmową jest pokazanie knowań młodego Malfoya przy pomocy punktującej pierwszą część filmu klatki, z której znikają kolejne ptaki - przedmiot zakazanych eksperymentów. Wygląd tej klatki stanowi zresztą poniekąd kwintesencję stylistyki wnętrz tego film, Hogwart jest tu bowiem zaskakujący: nagle okazuje się, że są tu miejsca pełne dziwacznej maszynerii (?), opuszczone wieże z powybijanymi oknami, wszystko to dalekie od przytulnej, ciepłej wiktoriańskości poprzednich odcinków. I jest to niezwykle piękne i efektowne, tylko że nie do końca pasujące do tej opowieści - tu powinno się raczej wygrać efekt narastajacego mroku, opresji i przerażenia samym światłem i barwami, które pożerałyby i wykrzywiały te pluszowo-neogotyckie wnętrza, z jakimi mieliśmy dotychczas do czynienia. Voldemort jako upiór odhumanizowanej nowoczesności to zupełnie inna bajka.

Problem dodatkowo w tym, że w tej niezwykle efektownej scenerii kompletnie gubią się aktorzy, i to nawet ci najwybitniejsi, ba - momentami gubią się wręcz postacie. Dumbledore właściwie przez cały czas "gra Gandalfem" (po prawdzie w pierwszej chwili miałam wręcz wrażenie, że znów zmieniono obsadę i to jest Ian McKellen), bo nie bardzo jest czas, żeby zrobić cokolwiek innego z tą rolą. Maggie Smith (McGonagall) jest całkowicie niewidoczna, co gorsza, można odnieść wrażenie, że kilka scen z jej udziałem zostało wrzucone do filmu na siłę, byle aktorka pojawiła się na ekranie. Jeszcze bardziej żałośnie wygląda to w przypadku Remusa Lupina i Tonks, którzy występują w jednej, dopisanej do książki i słabo uzasadnionej fabularnie scenie napaści na dom Weasleyów, i zostali wprowadzeni chyba tylko po to, żeby widz nie zapomniał o ich istnieniu przed częścią siódmą. Została tu też - dość topornie - przemycona informacja o wilkołactwie Lupina, tyle że nie jestem pewna, do kogo jest ona skierowana: ci, co wiedzą, spodziewają się, że ta uwaga do czegoś poprowadzi, a ona okazuje się niewypalającą niestety strzelbą, natomiast komuś, kto nie wie, niewiele powie ta rzucona mimochodem uwaga, po której w dodatku niemal natychmiast następuje bardzo dynamiczna i groźna scena walki na mokradłach.

Nie wiem też, dlaczego Alan Rickman (Snape), który dotychczas pokazywany był w charakteryzacji podkreślającej ostre rysy (jak za czasów szeryfa z Nottingham w Księciu złodziei), tu wygląda jak dobroduszny, pękaty proboszcz z angielskiej prowincji, który tylko spojrzeniem usiłuje sugerować mroczniejsze zakamarki swojej duszy. Może i byłby to jakiś pomysł na rolę dwuznacznej, zagadkowej postaci, co więcej - z pewnością do udźwignięcia dla tego wybitnego aktora, ale po pierwsze nie w tej historii, po drugie to kolejny element, który sprawia, że gdzieś gubi się ciągłość tego filmu z poprzednimi. Co więcej, ten wygląd jest również niespójny z estetyką filmu - spodziewalibyśmy się tu raczej Snape'a jeszcze bardziej wychudzonego, z głębokimi cieniami pod oczami, skrywającego pod maską posępnego spokoju wielokrotne zawikłania swoich motywacji*.

W rezultacie w tym filmie w pamięć zapada naprawdę jedna rola: Draco Malfoya. Jeśli komuś z młodych aktorów, którzy rozpoczęli kariery w tym filmie, wróżę wielkie osiągnięcia aktorskie, a nie tylko gwiazdorskie, to po tym filmie właśnie Tomowi Feltonowi, którego rola ociera się chwilami o aktorski geniusz. Fenomenalnie udało się pokazanie walki tego chłopaka z samym sobą, jego wygórowanych ambicji i pychy, a zarazem skrajnej zwyczajności. To jedyna prawdziwie dramatyczna rola w tym odcinku, pozostali młodzi są dobrzy, profesjonalni, przekonujący (bardzo ładny jest sam początek, scena, pokazująca, że Harry zaczyna tęsknić do zwykłego życia), a Rupert Grint (Ron) pokazuję autentyczną vis comica, gwarantującą mu zapewne długie lata kariery aktora komicznego, co w Anglii ma szanse się nie zmarnować. Jakkolwiek znów część scen z jego udziałem jest fabularnie umiarkowanie potrzebna i sprawia wrażenie, że została w montażu, aby dać chłopakowi możliwość aktorskiego popisu, fantastyczne jest to, że nie ma tu szarży i rechotu, a komizm w jakimś stopniu jest potrzebny, aby rozładować mroczną, naładowaną emocjami atmosferę.

Głównym problemem tego filmu wydaje się być to, że w przeciwieństwie do części piątej, która została też okrojona o niemal połowę, wyrzucenie tu sporej liczby wątków bardzo nie służy jasności fabuły. Na dodatek scenarzyści usiłowali ścisnąć, ile się dało, w tych dwóch i pół godzinach, i chyba w rezultacie niezbyt fortunnie ułożyli scenariusz. Po co rozbudowane sceny treningu i meczu quidditcha, skoro na dobrą sprawę nie dowiadujemy się, o co chodzi z tytułem filmu? Owszem, książka należąca do "Half-Blood Prince" gra sporą rolę zwłaszcza w pierwszej części filmu (jest widzowi co jakiś czas wręcz podtykana pod nos), ale poza ujawnieniem tożsamości - skądinąd świetna filmowo scena - nie dowiadujemy się nic o tym, co znaczy ten pseudonim i skąd się wziął**.

Zdaję sobie sprawę, że scenarzyści i producenci mieli nie lada problem, robiąc tę serię filmów: po trzech pierwszych, krótkich tomach, przyszło do ekranizacji czterech potężnych epickich opowieści. Część siódma będzie podzielona na dwa odcinki - może tak samo należało postąpić już z szóstą? Albo jeszcze lepiej - choć to już teraz nie do odrobienia, bo aktorzy grający główne role zbyt się zmienili - co najmniej od czwórki kręcić znacznie więcej materiału, a następnie zrobić z niego telewizyjny serial, w którym zmieściłyby się i wszelkie niuanse obyczajowe (jakkolwiek ciekawe, nierzadko zaburzają spójność fabularną, no i kradną ekranowy czas) i epizody komiczne. A rzecz miałaby wielkie szanse się sprzedać, zwłaszcza że w obecnej chwili amerykańskie seriale od strony technicznej niczym nie ustępują filmom pełnometrażowym.

A mnie pozostaje czekać na ekranizację mojej ulubionej ostatnio z tłumaczonych książki, Złodzieja pioruna. Autorzy filmu pozmieniali bardzo dużo w stosunku do powieści, kierując się między innymi doświadczeniami z planu pierwszych Potterów i pracy z małoletnimi aktorami. Trzymam kciuki, żeby wyszło to ekranizacji na dobre, bo bardzo się do tej serii przywiązałam i życzę jej filmowemu wcieleniu jak najlepiej.

Millenium Bridge w Londynie

* Mam tylko nadzieję, że moje pierwsze skojarzenie na widok Snape'a - że Rickman jest ciężko chory, a jego wygląd to wynik np. kuracji sterydowej, kilogramy nie do zrzucenia dla roli i nie do zamaskowania kostiumem i charakteryzacją - nie jest trafne, bo jest to jeden z moich ulubionych aktorów.

** Zabawnie się składa, że akurat te cięcia fabularne ratują polski tytuł przed bezsensownością. Ale jakoś dziwnie nie podejrzewam, żeby celem tych cięć była próba ratowania reputacji Andrzeja Polkowskiego, autora jednego z największych polskich gniotów przekładowych. (Zaszczytne pierwsze miejsce dzierży nadal Jerzy Łoziński za "nowe przekłady" Diuny Franka Herberta i Władcy pierścieni Tolkiena; w konkurencji nie biorą udziału przekłady po prostu lipne, wykonywane przez ludzi o słabej znajomości języka oryginału. W zasadzie nagroda ta powinna być antynagrodą im. Ireny Tuwim, przyznawaną za nieudolne silenie się na kongenialność.)

sobota, 04 lipca 2009
Independence Day

Skoro już zabrałam się za pisanie w dniu jakiegoś święta, to może będzie na temat. Choćby troszkę. Bo napisałam już inną notkę, ba, omal jej nie opublikowałam, kiedy mój wzrok padł na datę i stwierdziłam, że szkoda odpuścić sobie taką okazję. Będzie zatem o tym, za co najbardziej kocham Amerykę*. I nie będzie podniośle o tym, że za zwyczajność patriotyzmu (choć tego im zazdroszczę, nie powiem), nie będzie też wyliczanki wszystkich muzeów, które chciałabym zobaczyć (ech...). Będzie o moich prostackich gustach, jako że Amerykę najbardziej kocham za popkulturę. Nie mogę jej natomiast kochać ani nienawidzić za to, jak się tam żyje, bo (jeszcze) mnie tam nie było.

Za literaturę fantastyczną oczywiście, która jednakowoż w dużej mierze jest anglosaska, bo i Anglicy, i Australijczycy mają tu dużo i ciekawie do powiedzenia. Ale moje osobiste największe zachwycenia w tej dziedzinie - jeśli nie liczyć Tolkiena, paru Rosjan i paru Polaków (o tym wszystkim przy innej okazji) - są amerykańskie: Frank Herbert i "Diuna" (olśnienie jak miałam mniej więcej 12 lat), Ursula LeGuin i kolejno "Ziemiomorze", "Lewa ręka ciemności" i "Świat Rocannona" (jakoś we wczesnym liceum), David Eddings, o którym dopiero co pisałam, więc nie będę się powtarzać, odkryci nieco później C. S. Friedman, P. K. Dick czy Connie Willis i gdzieś z pogranicza głównego nurtu Kurt Vonnegut. Amerykanin jest też odpowiedzialny za jedno z najważniejszych literackich doznań mojego wczesnego dzieciństwa - jest to niejaki Frank L. Baum i jego cykl o Krainie Oz (ulubiony tom to ten o Kubusiu Dyniogłowym). Nie wiem, czy zetknięcie się z wyobraźnią H. P. Lovecrafta zaliczyłabym do przeżyć o charakterze czysto literackich, ale z pewnością jemu wraz z innym Amerykaninem, Edgarem Allanem Poe, zawdzięczam odkrycie, że dreszczyk (ba, potężny dreszcz!) strachu przy czytaniu czy oglądaniu horroru może być doznaniem przyjemnym. No i wielka, wielka literacka miłość z dzieciństwa, czyli "Przygody Tomka Sawyera" - z pewnością pierwsza piątka najważniejszych spośród najwcześniejszych lektur.

Za przeżycia filmowe w rodzaju "Gwiezdnych wojen", "Obcego", "Blade Runnera" i "Poszukiwaczy zaginionej arki" czyli popkulturową klasykę, bez której moje życie byłoby uboższe. Za to również, że ta klasyka jest ciągle żywa, czego dowodzą udane kontynuacje jak trzecia część prequelu Star Warsów czyli "Zemsta Sithów" czy też wybitne wskrzeszenia jak ostatni "Star Trek". I w ogóle kino to najbardziej lubię amerykańskie i już, bardzo różne zresztą, bo na liście ulubionych filmów znalałoby się i "W samo południe" i "Bulwar Zachodzącego Słońca", i "Nietykalni" - skądinąd same kwintesencje amerykańskości. Za najlepszą diagnozę europejskiego uważam zakończenie "Hollywood Ending" Woody Allena. Oczywiście w filmowej wdzięczności wobec Ameryki nie może zabraknąć również dzieciństwa spod znaku Królika Bugsa, Toma i Jerry'ego i Psa Huckleberry czy też filmów Disneya, ale tu akurat w sukurs szły również inne produkcje, zwłaszcza dobranockowe.

Za dwudziestowieczną (i dalej) muzykę "popularną"** wszelkiej maści od Louisa Armstronga i Elli Fitzgerald po Nirvanę i My Chemical Romance. Tu jednakowoż też Anglicy zasługują na sporą część splendoru. Tu także bardziej niż w innych dziedzinach dostrzegam negatywne strony amerykańskiej masowej produkcji, jako że o ile beznadziejną masówkę filmową czy literacką mogę łatwo ominąć szerokim łukiem, o tyle w mnóstwie miejsc publicznych jestem przymusowo atakowana papką muzyczną. Szczęśliwie za część moich największych tortur muzycznych odpowiada Kanada (Blame Canada!).

Za wymyślenie idei RPG czyli role-playing games, zwanych u nas niekiedy grami fabularnymi. Zostały one nawet przez konserwatywnie brytyjską książkę dla młodzieży, którą właśnie tłumaczę, uznane za jeden z najsensowniejszych wynalazków kultury XX w., a ja mogę się pod tym stwierdzeniem jedynie podpisać wszystkimi łapkami.

Last but not least, a właściwie ostatnio to niemalże przede wszystkim - za nowy wymiar seriali telewizyjnych. Za to, że przywróciły mi wiarę w medium, bez którego istnienia w Polsce przeżyłabym bez większych kłopotów, ponieważ w zasadzie nie ma mi wiele do zaoferowania. Tymczasem w Ameryce powstają wciąż arcydzieła serialowe (moje ulubione wymienione są z boku bloga wraz z linkami - dość na dole, pod hasłem "oglądam: seriale"  - więc nie będę tu ich wypisywać, zwłaszcza że nie dostaję za to wierszówki) i to z roku na rok coraz lepsze, coraz mniej w sensie technicznym ustępujące produkcjom filmowym, fabularnie nierzadko ciekawsze od zwykłych filmów pełnometrażowych, świetnie grane (jak to się dzieje, że tam każdy epizod jest wiarygodny?), świetnie reżyserowane.

A skoro już powyżej zacytowałam "South Park", to może na zakończenie dodam, że kocham amerykańską popkulturę również za to, że potrafi być wolna od szaleństwa politycznej poprawności i nie bać się szargać świętości. Moimi dwoma faworytami pod tym względem są wzmiankowany "South Park" i "24", ale można by oczywiście ułożyć dłuższą listę.

Zapewne gdybym dłużej myślała nad tą notką, to wymyśliłabym jeszcze wiele popkulturowych przeżyć, za które kocham Amerykę. Wymieniłam te, które pchały się natychmiast, wręcz domagały uwzględnienia. A do kwestii tego, co lubię i dlaczego, będę jeszcze wracać, jak obiecywałam w komentarzach do innych notek.

Trochę oszustwo, bo to Londyn... nie mam nic bardziej

* W całym tym tekście Ameryka = Stany Zjednoczone. Dla ekonomii słowa, a poza tym tak się potocznie mówi.

** Mam opory, żeby tego określenia używać do rzeczy ambitniejszych, niezależnie od ich gatunku, ze względu na konotacje gatunkowe "popu".

niedziela, 31 maja 2009
Siedemnaście mgnień antymaterii

Fenomen Dana Browna nie przestaje mnie zadziwiać. Jeśli cokolwiek świadczy o skundleniu współczesnej kultury, to nie popularność tych fabuł, nie bezsensowność pomysłów, ale kompletna dezynwoltura, z jaką autor traktuje realia świata. Tak, realia.

Zasadniczo nie mam problemów z zaakceptowaniem najbardziej nieprawdopodobnego gadżetu w książce czy filmie; bez wielkiego mrużenia oka przyjmuję delikatne łupinki stateczków kosmicznych w "Gwiezdnych wojnach" czy startrekowe translatory i transportery (beam-me-up), nie mam nic przeciwko Jamesowi Bondowi ścigającemu przestępcę nie tylko skacząc za nim na lecący helikopter, ale nawet udając się bez przygotowania na stację orbitalną. Nie powinnam mieć zatem większych problemów z akceptacją w fikcyjnej rzeczywistości bomby z antymaterii, jako że nie odbiega ona poziomem idiotyczności od mnóstwa innych pomysłów literackich i filmowych.

I rzeczywiście, bomba z antymaterii w Aniołach i demonach nie jest tym elementem, który podważa moją zdolność do zawieszania niewiary. Jest nim  postać głównego bohatera, geniusza łączącego w sobie cechy Agenta 007 Jej Królewskiej Mości z bratem Williamem z Baskerville z Imienia róży, a zapewne należałoby dodać jeszcze co najmniej kilku pierwowzorów z Herculesem Poirot na czele. Nie jestem bowiem w stanie przejść do porządku dziennego nad faktem, że światowej sławy profesor Uniwersytetu Harvarda, specjalista w dziedzinie kościelnej i heretyckiej symboliki ("symbologist" znany w szerokich kręgach nie tylko akademickich), który pisze kolejny naukowy (!) bestseller o tajemnych stowarzyszeniach działających mniej więcej na przestrzeni średniowiecza i przedoświeceniowej nowożytności, nie ma pojęcia o łacinie i nie potrafi zrozumieć paru zdań po włosku.

(Dygresja: chyba że prawdą jest to, co opowiada jeden z moich ulubionych dowcipów, brzmiący w tłumaczeniu mniej więcej następująco: Oksfordzki don wyjechał na gościnne wykłady do Stanów, po powrocie rozmawia ze swoim kolegą w college'u. - I wiesz, mówi, na wykładzie o Arystotelesie jakaś para uprawiała seks. - Na to jego kolega: - Doprawdy? Nie wiedziałem, że wykładają tam Arystotelesa. Robert Langdon zachowuje się tak, jakby na Harvardzie istotnie nie wykładano Arystotelesa.)

Teraz może jednak parę słów o samym filmie, Teoretycznie zgadzam się z krytyką, że jako filmowe dzieło rozrywkowe jest lepszy od Kodu da Vinci - ma większy, choć w lwiej części komputerowy rozmach i mniej przestojów, o co w końcu chodzi w tego rodzaju produkcjach. Ma też kilka niezłych ról (zwłaszcza Ewan McGregor jako anielsko-demoniczny irlandzki camerlengo, ale też różne mniejsze i większe sławy w rolach kardynałów i innych oficjeli). Ma zdecydowanie lepiej pomyślaną główną bohaterkę, mimo iż pani ta, będąc fizykiem w CERN ewidentnie bardziej niż na fizyce zna się na łacinie (ktoś w końcu musi pomóc w odcyfrowaniu tekstu Galileusza nieszczęsnemu Langdonowi) oraz medycynie (ktoś musi wpaść na pomysł, jak stwierdzić, że papieża otruto). Być może jest to kwestia lepszego aktorstwa, ale mimo iż Vittoria (izraelska aktorka Ayelet Zurer) nie robi słodkich oczu do Langdona, mimo że nie mają nawet czasu, żeby pomyśleć o pocałunku, to między tymi postaciami przynajmniej iskrzy - w przeciwieństwie do teoretycznie mających cechy romansu interakcji między Tomem Hanksem a Audrey Tautou w Kodzie.

(Dygresja: A propos braku czasu, to może z powodu niedawnych doświadczeń serialowych, a może nie tylko, miałam nieodparte wrażenie, że sposób prowadzenia akcji oraz koncepcja Langdona w tym filmie zawdzięczają bardzo wiele 24 godzinom - Tom Hanks nawet krzyczy w pewnym momencie "Damn it!" zupełnie jak Jack Bauer Sutherlanda. Różnica jest jednak taka, że w 24 widz nie ma kiedy oddechu złapać, no i ma wrażenie, że oglądał wydarzenia, które musiały zająć co najmniej miesiąc, a mimo to da się uwierzyć, że trwały zaledwie dobę; tu zaś akcja ściśnięta jest do kilku godzin, ale co rusz - zwłaszcza znając nieco Rzym - ma się pewność, że nie było żadnej szansy zmieścić się w przewidzianym czasie.)

Skoro już wspomniałam o znajomości Rzymu, muszę wyznać, że rozbrajająca wręcz niewiedza na temat Miasta, jaką prezentuje Robert Langdon, jest kolejnym elementem świata przedstawionego, który w moich oczach podważa wiarygodność tegoż świata. Danowi Brownowi zdarza się ponoć w książkach postrzegać Europejczyków jako nieokrzesanych barbarzyńców, co  możemy odczuć jako lekko obraźliwe i z godnością przejść nad tym do porządku dziennego ("czego się spodziewać po Jankesach?"), ale trochę strach człowieka bierze na myśl o tym, jak widzi on inteligencję i wiedzę swoich własnych ziomków. Bogowie nieśmiertelni: specjalista od między innymi spraw okołokościelnych, historyk sztuki, kultury czy czego tam, ma problem z topografią Rzymu na poziomie książek w stylu "Rome for Dummies"? Musi prosić policjanta o plan, na którym będą zaznaczone kościoły? Informacji o najsłynniejszych dziełach, które powinien wizualizować w myślach bez zamykania oczu, a wiadomości recytować z pamięci wraz z kontekstem kulturowym, szuka w archiwach  watykańskich? A dodajmy, że żaden z niezwykle trudnych do odnalezienia znaków prowadzących do arcytajnej kryjówki Iluminatów nie jest ukryty w którymś z mniej znanych zabytków, jakich pełno w centrum Miasta; nie, obracamy się między Bazyliką św. Piotra, Santa Maria del Popolo, Piazza Navona i Ekstazą św. Teresy Berniniego. Och, i oczywiście , tzw. Zamkiem Anioła.

(Nawiasem mówiąc, Robert Langdon wykazuje również totalną ignorancję w kwestii przedchrześcijańskiej historii Rzymu, co mogłoby świadczyć na korzyść tezy o niewykładaniu Arystotelesa i kwestii pokrewnych na Harvardzie. Panteon i Mauzoleum Hadriana to jedyne zabytki grające istotną rolę w akcji, których historia nie zostaje widzom podana w formie krótkiej pogadanki wygłoszonej przez któreś z bohaterów; parę informacji o Panteonie słyszymy z ust przewodniczki.   Ten element filmu również był dla mnie irytujący - i przyczynił się do dania tej notce takiego a nie innego tytułu - zwłaszcza że wiedza podawana była dość łopatologicznie i na poziomie przewodnika typu "Top Ten Rome".)

Pomysł na sensacyjną intrygę wcale nie jest zły. Nie jestem pewna, czy do jego realizacji konieczna jest akurat bomba z antymaterii, moim skromnym zdaniem wystarczyłaby jakaś bardziej konwencjonalna, aczkolwiek kwestia badań naukowych i konfliktu na linii kościół-nauka jest akurat jednym z sensowniej wprowadzonych i poprowadzonych motywów, więc niech już będzie. "Boska cząstka", stworzenie świata vs wielki wybuch - to wszystko ma jakiś tam sens w kontekście intrygi wewnątrzwatykańskiej, a poza tym nie znam się na tyle na fizyce, żeby siedzieć z zaciśniętymi pięściami podczas sekwencji cernowskiej. Ot, technobełkot jak w co drugiej science-fiction. Mogę to nawet uznać za element formuły, poza tym sporo znanych mi fizyków lubi fantastykę, więc najwyraźniej im też wiele kretyńskich pomysłów na element science w fiction nie przeszkadza.

Tak jak mnie zresztą wcale nie przeszkadza dopisywanie ukrytych znaczeń twórczości takiego, powiedzmy, Berniniego, ani mało konwencjonalne interpretacje konkretnych dzieł sztuki. Przeszkadza mi natomiast, kiedy specjalista w dziedzinie mówi wciąż o Rafaelu jako o rzeźbiarzu - jako renesansowy artysta pełną parą Rafael zapewne coś tam wyrzeźbił, problem jednak w tym, że cokolwiek to było, w pamięci potomnych pozostał jako malarz i ewentualnie architekt. Gdyby takie bzdury opowiadała pani fizyk, to uznałabym ją za ten rzadki przykład fizyka pozbawionego choćby odrobiny erudycji. Statystycznie mało prawdopodobny, bo fizycy to ludzie ciekawi świata, ale możliwy. Natomiast w ustach prof. Langdona takiego, na jakiego kreuje go Dan Brown, to nie uchodzi. I to są właśnie te realia, wobec których autor wykazuje wspomnianą wyżej dezynwolturę.

Z tych właśnie powodów mam problem z tym filmem, który poza tym spełnia właściwie wszystkie warunki potrzebne do tego, żeby mi się podobać. Gdyby nie te elementy, może nie dostrzegłabym ewidentnych wpadek w sekwencjach finałowych: tego, że baldachim konfesji św. Piotra w Bazylice, który w chwili wybuchu wali się w gruz (zasadniczo wraz z całą kopułą), w następnej scenie w iście cudowny sposób jest cały i nietknięty; tego, że nijak nie składa mi się w chronologiczną całość (bez Scotty'ego i jego transportera, znaczy się, albo też opanowania przez kilku przynajmniej kardynałów sztuki bilokacji) końcowa sekwencja odkrywania prawdy o spisku, skądinąd niezły fabularny twist. Może nawet byłabym w stanie przymknąć oko na ewidentny absurd, jakim jest tajna informacja w niderlandzkim bodaj wydaniu z epoki nieznanego dzieła Galileusza, zapisana w niemalże współczesnej angielszczyźnie.  Ale na to  żebym nie dostrzegała tych irytujących szczegółów, film musiałby mieć ze trzy razy szybszą akcję, co byłoby trudne i wcale nie pożądane, ponieważ akurat tempo jest w nim całkiem dobre. Nie mam też wiele do zarzucenia zwrotom akcji (gdyby tylko tropy były choć troszkę mniej oczywiste...) i pomysłom na bohaterów. Poza tym głównym. Po prawdzie najlepsi jako postacie są ci drugoplanowi: komisarz policji watykańskiej, stary kardynał, szef gwardii szwajcarskiej.

I nawet temu Langdonowi byłabym w stanie wybaczyć, że jak wszystkie wyjścia są obstawione, to on wychodzi przez wejście.  Byłabym mu w stanie wybaczyć bycie Mary Sue do kwadratu, ale niechby on albo był matematykiem, albo nauczycielem w szkole średniej. W obu przypadkach miałby prawo nie wiedzieć tego wszystkiego, czego nie wie, przy jednoczesnym posiadaniu wiedzy, którą ma. To, że można przedstawić profesora jednej z najznakomitszych uczelni świata w taki sposób, świadczy o współczesnej kulturze. I nie chodzi mi bynajmniej o to, żeby Harvard oprotestował Langdona jako psującego wizerunek, nie jestem zwolenniczką tego rodzaju histerycznych gestów. Chodzi mi raczej o to, że zakłada się, iż przeciętny odbiorca uzna Langdona za erudytę. Co więcej, że przeciętny odbiorca właśnie tak zrobi. Zwłaszcza że jednocześnie Langdon mimochodem tu rzuca uwagę o oculusie jako elemencie architektonicznym, tam błyska datą roczną pozbawienia posągów męskości na rozkaz konkretnego papieża. Ale to wszystko jest wiedza na poziomie zapalonego amatora.

I pal diabli w sumie, że Langdon jest ignorantem. Ale z fabuły wynika, iż byli nimi również Iluminaci w tym XVI i XVII w. I w sumie nie wiem, jakim cudem nie urośli w potężną siłę, skoro na to, żeby zostać jednym z nich (wedle A&D), wystarczyło po niezbyt skomplikowanych tropach dojść do Mauzoleum Hadriana przezwanego Zamkiem Anioła.

A najzabawniejsze jest to, że ja się na tym filmie nawet nieźle bawiłam.  I to również dosłownie. Momentami wręcz pokładałam się ze śmiechu. Sęk w tym, że autorom niezupełnie o taki efekt chodziło.

Widok z Pincio nocą

PS. Tytuł notki jest, jaki jest, również dlatego, że "wielki zderzacz andronów" już wcześniej ktoś wymyślił.

wtorek, 12 maja 2009
To boldly go...

Znów obejrzałam film. I to w kinie tym razem. Ostatnio nie zdarza mi się to porażająco często, po prawdzie na dużym ekranie oglądam głównie to, co wielkiego ekranu bezwzględnie wymaga, albo to, na czego wydania na dvd nie będę mogła się doczekać - tak było w przypadku filmu Twilight, który poszłam obejrzeć na pokazie przedpremierowym z wyprzedzeniem o dwa miesiące, mimo że od pewnego czasu nie mam już dwunastu lat, a - jak dowiedziałam się niedawno od kolegi - jest to film, który ma prawo podobać się jedynie dwunastolatkom. Hmm, kolega najwyraźniej się mylił. Albo też moje zamiłowanie do filmów o wampirach znosi bariery wiekowe. Ale do rzeczy. Teraz z kolei poszłam dlatego, że oglądanie najnowszego Star Treka od razu na ekranie telewizora, nawet sporego i z kinem domowym, byłoby zbrodnią.

Nie jestem trekkie, moja znajomość zarówno serialu jak i wcześniejszych filmów pełnometrażowych jest wybiórcza, poza tym nie lubię tych późniejszych wcieleń z kapitanem Picardem, więc wybiórczość postępuje wraz z rozwojem (czy może raczej zwojem) serii. A ponieważ nie jestem trekkie, mogłam ten prequel oglądać bez miotającej mną żądzy mordu za to wszystko, co producenci i scenarzyści tam wysmażyli. Bo wysmażyli historię alternatywną i to taką, w której jedna wersja Spocka spotyka drugą, plany czasowe mieszają się jak w Lost (cóż, ta sama ekipa producencko-reżyserska...), a - tu powołuję się po części na znajomość wszystkich możliwych szczegółów przez osobę towarzyszącą - co szczegół to jakby wskazujący na alternatywność opowiadanej historii.

I bardzo mi się w związku z tym ten film podobał. Jest zabawny (cóż za ulga po Pickardowkiej wzniosłości, która sprawia wrażenie, jakby Patrick Stewart przychodził na plan prosto z prób jakiejś co bardziej ponurej tragedii Szekspira), czasem wręcz na pograniczu komedii, jest brawurowo zagrany, a główni bohaterowie wyglądają jak przebrane w (nieco) mniej obciachowe kostiumy pierwowzory. Poza tym naprawdę brawurowo zagrane są role Kirka (Chris Pine, wcześniej mi nieznany) i Spocka (Zachary Quinto, który grał bardzo przeze mnie lubianą postać w 24). Kirk ma niewiarygodny wręcz łajdacki urok, a Spock wygląda i zachowuje się tak, jakby aktor urodził się i wychował na Vulcanie. Pozostałe główne role też bez zarzutu, a między bohaterami naprawdę iskrzy. No i dobrze, że gwiazdy jedynie w epizodach lub wielu warstwach charakteryzacji.

No i jest jeszcze jedno. Ostatnio mało się kręci takiej solidnej, klasycznej hard science-fiction, a to jest najprawdziwsza pod słońcem space opera z olśniewającymi efektami specjalnymi i archetypowymi postaciami. Niby bowiem filmowa fantastyka ma się nieźle - nie mogę narzekać, że nie mam co oglądać. Ale większość z tego, co mi się ostatnio mniej lub bardziej podobało, to albo pogranicze horroru, albo filmu katastroficznego, albo po prostu jest fantasy. Nawet Gwiezdne wojny to taka oszukiwana science-fiction, bo zbyt często nawet nie usiłuje udawać science, a fabułę ma bardziej rodem z fantasy. Zresztą z tych w miarę niedawno zrealizowanych prequeli głównej sagi moim skromnym zdaniem w pełni broni się tylko część trzecia, Zemsta Sithów, ale po prawdzie głównie dlatego, że ma fabułę rozegraną na najwyższej nucie mitycznej i działa wprost na chyba bardzo u mnie rozwinięty ośrodek zbiorowej nieświadomości.

Twórcom tego filmu, mierzącego się bądź co bądź z legendą, udało się uniknąć najniebezpieczniejszej bodaj w takim przypadku pułapki - zrobienia filmu zrozumiałego wyłącznie dla fanów. Oczywiście jest tu mnóstwo elementów, które odwołują się do wcześniejszych produkcji, ale bez ich znajomości fabuła jest całkowicie jasna i zrozumiała, co więcej - atrakcyjna. Na takim błędzie poległ, nawiasem mówiąc, jeden z filmów, po których sobie w ostatnich latach bardzo wiele obiecywałam, mianowicie Silent Hill - jego twórcy ulegli presji fanów, którzy domagali się zachowania jak najwięcej z gry, która leżała u podstaw scenariusza, w efekcie gubiąc najlepsze sceny fabuły, odpuszczając sobie całkowicie relacje między postaciami (a szkoda, bo potencjał był duży) i zaprzepaszczając ewidentnie szanse na kontynuację. A w sumie szkoda, bo mogła być ona bardzo interesująca, oczywiście jeśli scenariusz kontynuowałby wątki z pierwszego filmu, a nie adaptował drugą odsłonę gry.

Najnowszy Star Trek ma pełny potencjał dla całej serii sequeli - i nie zdziwiłabym się, gdyby to właśnie było zamiarem autorów i leżało u podstaw karkołomnego rozwiązania fabularnego, tworzącego alternatywną rzeczywistość z udziałem oryginalnych bohaterów. A jako że nie jestem, jak już wspomniałam, ortodoksyjnym fanem, to bardzo proszę o więcej. Nie ma to jak porządna space opera.

Go on boldly, producers...

Tyberiusz

PS. Na pytanie, w jaki sposób powyższy obrazek łączy się z treścią notki, odpowie chyba każdy fan, ale odpowiedź jest również w filmie ;)

niedziela, 11 stycznia 2009
Świąteczne recenzje

Muszę to przyznać - tłumaczona obecnie (a konkretnie od 29/30 grudnia) książka wciągnęła mnie tak, że zaczęta notatka na bloga przeleżała się ponad tydzień... Może więc od tego zacznę, bo zasadniczo chciałam pisać o dwóch filmach, które udało mi się obejrzeć w czasie świątecznym, nadrabiając choćby w minimalnym stopniu zeszłoroczne zaległości kinowe.

Książka jest zasadniczo dla młodzieży i zasadniczo jest wytworem spowodowanej potteromanią koniunktury na ten rodzaj twórczości literarackiej. Moja przygoda z tą książką zaczęła się od tego, że dla wydawnictwa, dla którego obecnie głównie pracuję, przekładałam umowę licencyjną - i w czasie tej żmudnej i wcale nie satysfakcjonującej roboty uznałam, że bezwzględnie muszę postarać się o tłumaczenie książki, a raczej serii książek, których umowa dotyczyła. Co było dość szalone, zważywszy, że miałam właśnie lekkie opóźnienie w tłumaczeniu poprzedniej, liczącej ok. 600 stron druku powieści, a termin tej nowej wydawał się czystym koszmarem - początek lutego. Ale nie mogłam tego oddać - książka jest bowiem osadzona w magicznym świecie opartym na greckiej mitologii. Seria nazywa się "Percy Jackson and the Olympians" (autorem jest niejaki Rick Riordan, dotychczas piszący głównie kryminały), jest już sporym bestsellerem, mają według niej kręcić film, a ja oczywiście zakochałam się w idei świata, w którym działają olimpijscy bogowie.

Efekt jest taki, że termin 10 lutego przestał mnie przerażać, mimo że 29 stycznia zdaję piekielnie skomplikowany i nie mniej piekielnie ważny egzamin, ponieważ po tygodniu miałam przetłumaczoną prawie jedną trzecią książki, liczącej prawie 400 stron... Bo jest z tą książką trochę jak z filmem Hitchcocka: na początku jest trzęsienie ziemi, a potem napięcie spada tylko na tyle, żeby dać czytelnikowi wytchnąć, zapoznając się jednocześnie z niezbędnymi szczegółami świata. Zapewne jak już skończę, to napiszę coś więcej, na razie bardzo wstępnie polecam wszystkim, którzy lubią fantastykę nadającą się zarówno dla starszej młodzieży jak i rodziców!

A teraz mogę przejść do tego, co zamierzałam napisać, czyli krótkich relacji z obejrzanych filmów.

Stardust. Bezwzględne arcydzieło, żywcem, choćbym chciała, nie mam się do czego w tym filmie przyczepić. A muszę przyznać, że w przypadku filmów fantasy nie jest to częsta cecha. Pominę miłosiernie znienawidzoną przeze mnie zarówno w wersji książkowej, jak i filmowej Narnię, bo o niej chciałabym kiedyś osobno napisać, ale nawet w tych filmach fantasy, które zdecydowanie lubię, mam coś, co najchętniej zmieniłabym natychmiast i nieodwołalnie. Ot, na przykład w Ladyhawke (którą kocham za pomysł, Michelle Pfeiffer i złego biskupa) muzykę, w Dragonheart (absolutnie boski Sean Connery jako smok) doprawiłabym nieco fabułę, która cienka jest dość boleśnie, a we Władcy Pierścieni (z którego zdecydowanie najbardziej lubię część pierwszą) zrobiłabym kilka dość drastycznych roszad obsadowych (przede wszystkim Viggo Mortensena przeniosłabym z roli Aragorna do roli Elronda, na jego miejsce jako Aragorna przesuwając Seana Beana, co pozostawia mi pustkę w roli Boromira, jako że z agenta Smitha Boromir byłby jeszcze gorszy niż Elrond). A w Stardust nie widzę niczego, co chciałabym naprawdę zmienić. No, może minimalnie okroiłabym wygłupy Roberta de Niro jako kapitana Szekspira, ale to naprawdę drobiazg.

Bo, przechodząc wreszcie nieco bardziej do samego filmu, zarówno historyjka jest niebanalna i, co tu dużo mówić, śliczna, a zarazem mająca dostateczną dawkę zarówno autentycznej grozy, jak i wyrafinowanego humoru, i pięknie to sfilmowane, i doskonale zagrane, i kostiumy znakomite, i tempo akcji świetnie utrzymane. Oczywiście nie bez znaczenia jest tu fakt, że ten film ma porządny pierwowzór literacki, pióra mistrza fantastyki Neila Gaimana, co stanowi o sukcesie fabuły. A pomysł wyjściowy jest tak prosty, że aż dziw, że nikt go wcześniej nie wymyślił - jeśli gwiazda spadnie w świecie magicznym, to staje się kobietą, jeśli w niemagicznym - meteorytem. Dalej jest tylko lepiej, ciekawiej i na dodatek bynajmniej nie ckliwie, choć romantycznie. I jest w tym filmie jedna z najpiękniejszych scen wyznań miłosnych, jakie widziałam w filmie: kiedy Yvaine (gwiazda w ciele kobiety) opowiada swojemu ukochanemu Tristanowi (chwilowo w ciele myszy), że dzięki uczuciu do niego zaczęła wreszcie rozumieć ludzi.

Ocena: 10/10

I am Legend. Znów adaptacja solidnej literackiej fantastyki, tym razem z pogranicza sf i horroru. Film stanowiący niemalże przeciwieństwo poprzedniego: mroczny, ponury, a na dodatek pomimo iż to superprodukcja, kameralny jak rzadko w tej chwili się zdarza. Jest to niemalże film jednego aktora, Willa Smitha, który zresztą udowadnia tu, że jest świetny. Wszystkie pozostałe postacie w tym filmie to de facto epizody (na dodatek część z nich to ludzie w tak mocnej charakteryzacji jako mutanci, że nawet trudno tu mówić o pokazaniu się na ekranie i graniu czegokolwiek), przez większość czasu Smithowi towarzyszy jedynie pies.

Tym razem historia jest postapokaliptyczna, z wieloprocentową zagładą ludzkości w tle i trzeba przyznać, że wizja opuszczonego Nowego Jorku, powoli zarastającego dziką roślinnością, ze stadami jeleni biegających po ulicach, robi wrażenie. Jest tylko jeden problem, który nie dawał mi spokoju przez cały film. W pewnym momencie dowiadujemy się mianowicie, że od czasu zagłady (śmiercionośny wirus, który miał być lekiem na raka, wywołuje rodzaj wścieklizny, czyniąc z ludzi wampiropodobne, oszalałe stworzenia) i próby exodusu, kiedy to w Wielkim Jabłku został jedynie bohater Willa Smitha i mutanci, którzy przeżyli, minęło ok. tysiąca dni. Co oznacza prawie trzy lata. I na wiele jestem w stanie przymknąć oko: że w opuszczonych domach zachowały się produkty nadające się nadal do jedzenia i że bohater ma wciąż benzynę w samochodzie (choć tu akurat wolałabym zobaczyć, jak ją wypompowuje z porzuconych na ulicy aut albo też z jakiejś innej cysterny), ale nie zgadzam się na to, żeby w domu miał normalnie elektryczność. A ma. A w tego rodzaju produkcjach takie błędy są dość niewybaczalne.

Kolejną rzeczą, którą mam za złe temu filmowi, jest spłycenie wątku mutantów (N, dziękuję ci jak zwykle za odświeżenie w tym względzie mojej dziurawej pamięci do fabuł). Mamy wprawdzie jakieś tam sugestie, że część z nich nie jest tak całkowicie zdziczała, zwłaszcza w tzw. "alternatywnym" i "kontrowersyjnym" zakończeniu (po prawdzie za diabła nie wiem, co jest w nim kontrowersyjne: że wampirowaci mutanci mogą mieć jakieś resztki - a może początki? - uczuć?). Nawiasem mówiąc żadne z zakończeń mnie nie satysfakcjonuje. "Oryginalne" popełnia ten sam grzech, co pierwotne (niereżyserskie) zakończenie Blade Runnera: jest niepasującym żywcem do fabuły odjazdem w stronę zachodzącego słońca, czyli w tym przypadku enklawy zwykłego życia w świecie, który nigdy już nie powinien być taki, jak dawniej. "Alternatywne" z kolei nijak nie tłumaczy tytułu, albowiem główny bohater w nim przeżywa i trochę nie wiadomo, dlaczego i dla kogo miałby być legendą.

Ale całość robi wrażenie. Zarówno obsesyjna gra Willa Smitha, jak i przygnębiający, klaustrofobiczny pomimo niemal nieograniczonej otwartości przestrzeni nastrój, a także zaczynająca się całkowitym absurdem kluczowa scena, w której bohater zbyt późno przekonuje się, że nie wszyscy mutanci to pozbawione rozumu bestie, robią swoje: film ogląda się z zapartym tchem aż do ostatnich scen. Szkoda tylko, że w tym przypadku twórcy - w przeciwieństwie do ekipy Stardust - nie zaufali literackiemu pierwowzorowi.

Ocena: 8/10

A recenzję z innej lektury świątecznej zamieściłam tutaj, więc nie będę się powtarzać.

wtorek, 09 grudnia 2008
Piękna i...

Bardzo się cieszę, że poszłam na przedpremierowy (bardzo przed) pokaz filmu Zmierzch. Kocham horrory, a zwłaszcza filmy o wampirach, więc oczekiwanie, aż wreszcie dystrybutor łaskawie wpuści ten światowy hit na nasze ekrany, byłoby męczarnią.

O piszczących fankach głównego bohatera pisać nie będę, bo zrobiła to ninedin, u której zresztą napisałam tak długi komentarz, że postanowiłam umieścić przemyślenia na temat tego filmu również na własnym blogu.

Film jest bardzo ładny, tu się zgadzam z większością chyba recenzentów. Bardzo stylowy, a nie przestylizowany: nawet pewna dziwaczność rodziny Cullenów, jakkolwiek rzucająca się w oczy, nie jest nachalna i niemożliwa, zwłaszcza wśród nieco wyalienowanych spośród grona kolegów nastolatków. W końcu w społeczności miasteczka Forks w stanie Waszyngton tacy ludzie jak bogaty z domu (bo tak jest zapewne postrzegany) lekarz, mieszkający w pięknym, designerskim domu w lesie, jest kimś nieco z innej sfery, by nie rzec: z innego świata. Ta sytuacja zresztą krzyczy o dopowiedzenie czegoś więcej: kiedy młodzi Cullenowie pojawiają się po raz pierwszy na ekranie - i przed oczami głównej bohaterki - jej koleżanka lekko się krzywi na widok "odmieńców", ale nigdy potem nie obserwujemy żadnej wrogości czy nawet podejrzliwości, co najwyżej to lekkie wzruszenie ramion: ot, dziwacy. Bardzo to ładne, ale chciałabym wiedzieć więcej o tej niezwykłej tolerancji w Forks, zwłaszcza zważywszy niechęć Indian z Rezerwatu, którzy są z miasteczkiem bardzo zżyci.

Ale to w sumie drobiazg, choć o tyle znaczący, że też wyznaczający ramy baśniowej konwencji tego filmu, a zapewne i książki. W świecie Zmierzchu zło jest gdzie indziej, a ten, który dotychczas był wcieleniem śmierci, chaosu, niebezpieczeństwa - czyli wampir - zostaje ostatecznie oswojony. Dobra, powie mi ktoś: zagrożeniem jest przecież inna grupa wampirów, a konkretnie ich dwójka, bo trzeci dość niespodziewanie i niewyjaśnienie (i wcale jakoś bardzo nie potrzebnie) nawraca się i pomaga głównym bohaterom. Ta dwójka to są ci jeszcze dzicy - być może jest ich więcej - którzy po dawnemu piją krew ludzką, zabijają, włóczą się niczym jacyś Bonnie i Clyde, siejąc popłoch wśród zwykłych ludzi. Cullenowie inaczej: zasymilowali się doskonale z ludźmi, unikają sytuacji, w których musiałaby się ujawnić ich natura (no dobrze, mam tu jedno ale, ale o nim za chwilę), są sympatyczną, kochającą się rodziną, no i nikogo nie krzywdzą, zostali bowiem "wegetarianami" - czyli żywią się wyłącznie krwią zwierząt (żart jest akurat zabawny, a poza tym będąc w Indiach zetknęłam się z dwiema podgrupami tamtejszych wegetarian, bo tak samych siebie nazywają: jedzącymi ryby i jedzącymi kurczaki).

Najzabawniejsze jest to, że mi taka wizja wampiryzmu wcale nie przeszkadza - od dawna miałam poczucie, że wampiry nie mogą być wyłącznie złe i zepsute, nie mogą być tylko symbolami mrocznej strony natury. Ostatnie czasy to pokazują: a to Dracula w ujęciu Coppoli, który nawet jeśli czyni zło, to w imię nieśmiertelnej miłości, a to nękany wyrzutami sumienia Louis w Wywiadzie z wampirem (postać, której skądinąd mam ochotę wbić kołek w serce i głowę odrąbać, a następnie wszystko spalić, ale to osobna sprawa), abstynent Regis Andrzeja Sapkowskiego, zamaskaradowane wampiry społecznie użyteczne w serialach Moonlight i Blood Ties (to ostatnie wg pierwowzoru literackiego zresztą), skomplikowany społecznie świat Anity Blake i tak dalej. I wreszcie stuletni siedemnastolatek ze Zmierzchu: romantyczny, mroczny tylko tak odrobinkę dla smaku, balansujący urodą między przystojny a śliczny (Robert Pattison to strzał w dziesiątkę, jeśli chodzi o obsadę, Orlando Bloom byłby porażką), bardzo ładnie i kulturalnie napisany i zagrany, z tym lekko archaizującym zachowaniem i wysławianiem się, z autoironią i szczyptą teenage angstu czy też Weltschmerzu.

Ba, mnie się taka wizja nawet bardzo podoba: jeśli chcemy mieć większą grupę wampirów w świecie, to nie mogą być one wszystkie wyłącznie morderczym krwiopijcami, bo wytłukłyby - przepraszam: wyssałyby - całą populację ziemską w przeciągu kilku pokoleń (z tego samego powodu odpada przemienianie w wampira za pomocą tylko ugryzienia), nie mogą być dość pozbawionymi celu w (nie)życiu potworami, bo nie będzie o czym opowiadać, nie mogą być wyłącznie zdeprawowanymi arystokratami, bo czytelnikom/widzom znudzą się ich problemy w równym stopniu jak im samym. Ten krok dalej niż pomysły Anne Rice, a nawet systemu rpg Wampir: Maskarada był konieczny, bo nowoczesny wampir musi być istotą skomplikowaną psychologicznie i tak czy inaczej funkcjonującą w społeczeństwie - zarówno własnym jak i ludzkim.

Równocześnie pojawiły się coraz to nowe pomysły na wytłumaczenie przesądów związanych z wampiryzmem, a także zaczęto odczarowywać sposoby na zabijanie wampirów. Odkąd Louis powiedział do robiącego z nim wywiad dziennikarza, że tak naprawdę kocha światło, a krucyfiksy mu nie szkodzą, autorzy prześcigają się w wyjaśnieniach, dlaczego coś szkodzi albo nie szkodzi - i niektóre pomysły są nawet bardzo interesujące, ale to temat na osobny wpis.

I tu mniej więcej pojawiają się moje problemy ze Zmierzchem, który poza tym bardzo mi się podobał i który chętnie obejrzę jeszcze raz. A właściwie dwa rozczarowania w kwestii rozwiązania pewnych elementów wampirzego świata.

Po pierwsze spodziewałam się, że pozostawanie doktora Cullena przy zawodzie lekarza wiąże się ze zdobywaniem pożywienia ze szpitalnych zasobów. Było już w róznych miejscach, ale jest bardzo sensownym pomysłem. I nie żebym ideę "wegetarianizmu" uważała za niedobrą. Nie, chodzi mi raczej o to, że dalsza fabuła filmu pokazuje, iż kontakt z ludzką krwią jest dla wegetarian bardzo niebezpieczny - może na powrót obudzić w nich bestię. Chciałabym zatem wiedzieć, czy dr Cullen naraża się na to z rozmysłem np. celem ćwiczenia charakteru, czy też podobnie jak jego dzieci nie może wyrwać się z zaklętego kręgu tego, czym był przed śmiercią. Zwłaszcza że jest to materiał na interesujące problemy postaci.

Po drugie spodziewałam się, że ukazując Belli swoją "prawdziwą postać" Edward pokaże jej odrażającego potwora i zada jej archetypowe pytanie: czy jesteś w stanie pokochać mnie takim, jaki jestem? Tymczasem okazuje się, że wampiry unikają światła słonecznego, ponieważ w jego promieniach ich skóra lśni niczym wysadzana diamentami. Nawet to ładne w filmie, mimo że na granicy kiczu, ale... co to za problem, poza tym, że taka istota będzie się rzucać w oczy? I dlaczego to akurat ma być "skórą drapieżnika"?

Z tą sceną i tym problemem łączy się zaś mój największy kłopot z zawieszeniem niewiary podczas oglądania tego filmu: dlaczego Edward wzbrania się przed przemienieniem Belli i nawet kiedy jest umierająca, decyduje się zaryzykować swój wegetarianizm i wyssać truciznę z jej żył zamiast pozwolić na przemianę. W ostatniej scenie mówi jej, że "nie chciałaby być tym, czym on jest" - a ja miałam ochotę krzyknąć: dlaczego???!!! Co w jego egzystencji wampira (poza nieustannym powtarzaniem matury, ale nie z powodu jej niezdania) jest odstręczające? Jest nieśmiertelny, piękny (w obu postaciach), sprawny, zdrowy, inteligentny, szybki, zdolny do ludzkich uczuć, a na dodatek nikomu nie szkodzi. Ja tam bym się zapisała bez wahania... w końcu po pewnej przerwie wróciłam do zdawania egzaminów i jakoś od tego nie zwariowałam, więc gdyby ceną za wieczne życie, wieczną młodość i designerski dom miało być studiowanie kolejnych kierunków, nie miałabym nic przeciwko.

Celowo przywołałam imię głównej bohaterki: Isabella skracane do Bella, co ma nam zapewne sugerować, że mamy tu do czynienia z wariacją na temat Pięknej i Bestii. Problem w tym, że Bestii nie ma, jest Piękna i Piękny...

 Eros i Psyche

piątek, 25 lipca 2008
Kassandra i Raskolnikow

Moim ulubionym filmem Woody Allena pozostaje wciąż chyba Everyone Says I Love You (za: plejadę gwiazd i rozkoszny pastisz musicalu, ale także za postać młodego wielbiciela nazizmu pochodzącego z porządnej żydowskiej rodziny, którego poglądy okazują się rezultatem guza mózgu). Choć właściwie wystarczyło mi spojrzeć na sterty płyt dvd stojące pod ścianą, żeby stwierdzić, że jestem niesprawiedliwa, bo kocham też Tajemnicę morderstwa na Manhattanie (za: wszystko oraz tłumaczenie się bohatera, granego przez Allena, z ucieczki z opery - mimo że ze swoją partnerką, Diane Keaton, umówił się wcześniej, że ona wytrzyma na całym meczu, a on na całej operze: "Nie mogę słuchać tyle Wagnera, mam ochotę napaść na Polskę"*), Deconstructing Harry, Hollywood Ending i ostatnio Scoop (za: czarny humor, nie do końca wyjaśnioną tajemnicę i Hugh Jackmana, pomimo: Scarlett Johannson). W wielu innych filmach mam z kolei bezwzględnie ulubione sceny, np. w Drobnych cwaniaczkach jest to dialog między żoną i mężem (granym przez samego Allena), który brzmi mniej więcej tak: "- Masz męża geniusza. - Nie wiedziałam, że jestem bigamistką."; w Annie Hall scena z Marshallem McLuhanem ukrytym za kinowym standem. I mogłabym tak długo wymieniać. Lubię też te lekko melancholijne komedie jak Purpurowa Róża z Kairu, jak również farsy jak Śpioch. Intrygują mnie i bawią wycieczki w stronę mitologii jak w Mighty Aphrodite czy literatury jak w Miłosci i śmierci.

Mniej natomiast lubię całkiem poważne próby Allena, idące momentami gdzieś w stronę Bergmana, choć niektórym z nich trudno odmówić kinowej wielkości. I trochę tak jest z ostatnim jego filmem, Snem Kassandry. Jest to pod wieloma względami dobry film  (pomimo: Colina Farrela, który zyskał moją dozgonną antypatię koszmarnym występem w arcykoszmarnym Aleksandrze Stone'a; tu jego maniera też mnie nieco irytuje, ale przynajmniej jest na miejscu, mniej więcej jak Leo di Caprio w Celebrity), tylko odnoszę wrażenie, że Allen nieco się pogubił w dawkowaniu różnych nastrojów.

Uwaga! od tego miejsca pojawiają się (niewielkie) spojlery, czytacie więc na własną odpowiedzialność. Koniec spojlerów też zaznaczyłam.

Historia jest niewątpliwie tragiczna, a zakończenie najbardziej pesymistyczne, jakie sobie można wyobrazić. A zarazem przez sporą część filmu myślałam - i po prawdzie miałam nadzieję - że rozwój akcji pójdzie bardziej w stronę wisielczego humoru, bardziej ironicznego niż rozpaczliwego splotu wypadków: słowem, że będzie tu więcej Allena, a mniej Dostojewskiego. Bo były takie chwile, kiedy wydawało mi się, że oglądam osadzoną w środowisku londyńskich Irlandczyków przeróbkę Długu Krauzego, podlaną pewną ilością czarnego humoru właśnie. Te epizody, kiedy okazuje się, że wspaniały wujek Howard wplątany jest w jakieś biznesowe przekręty, a następnie bracia Ian i Terry spotykają na artystowskiej imprezie człowieka, którego mają w związku z tym zamordować, i Terry pakuje się w "zawodową" rozmowę z tymże o pokerze, następnie wszystkie te sceny, w których już omal dochodzi do morderstwa, dawały nadzieję, że ta zbrodnia na zawsze pozostanie gdzieś w sferze zawieszenia, a Allen wyprodukuje swoim bohaterem inne problemy, bardziej w swoim stylu. Tymczasem nagle robi się niezwykle poważnie i tragicznie. Na dodatek chyba w zamierzeniu ma być tragicznie w antycznym wymiarze: wszyscy cierpią z powodu czyjegoś błędu czy pychy. Tylko problem jest taki, jak - mam wrażenie - w większości współczesnych mierzeń się z wymiarem tragedii antycznej (także chyba w teatrze, który miewa zwyczaj kastrowania antycznego dramatu z tego, czego reżyser nie rozumie): wina nie jest niezawiniona i nie ma wymiaru mitycznego. Sądzę, że gdyby Allen wziął opowiedzianą historię w nawias kostiumu (nie w sensie dosłownym, ale np. bardziej jednoznacznych nawiązań) czy sztafażu (wprowadzając np. jakiś umowny odpowiednik chóru), a chociażby ironii, miałby szanse nadać tej historii głębszy wymiar. Nie twierdzę, że ona go nie ma, ale czegoś tu brakuje. Może po prostu bohatera, z którym widz mógłby się lepiej identyfikować albo do którego miałby ten ironiczny dystans, który budzi sympatię. Do bohaterów Snu Kassandry trudno się przywiązać, trudno im naprawdę współczuć - a współodczuwanie jest przecież warunkiem katharsis...

Zresztą tak naprawdę nie jestem pewna, co dokładnie znaczą w tym filmie te rozsiane tu i ówdzie klasyczne nawiązania. Kassandra, jak wiadomo, była wieszczką nieszczęść, toteż nazwanie jej imieniem łódki powinno zapowiadać jakąś katastrofę (nawet jeśli pełna nazwa pochodzi tak naprawdę od imienia wygrywającego wyścigi psa) i rzeczywiście - katastrofa dopełnia się na pokładzie tytułowej żaglówki. Podczas jednej z imprez, w której uczestniczą bohaterowie, młoda aktorka, a zarazem główna bohaterka, opowiada bogatemu playboyowi, że marzą jej się role Medei Eurypidesa i Klitajmnestry (nie wiadomo tylko, w którym z dramatów). Problem w tym, że akurat te dwa tropy niewiele tu dają, ponieważ żadna z tych bohaterek nie pasuje do żadnego z wątków filmu... Nawet to, że u Ajschylosa pojawia się wątek zazdrości Klitajmnestry o przywiezioną przez Agamemnona spod Troi brankę Kassandrę, która poniekąd staje się nie tylko wieszczką, ale i jednym z powodów zguby, niespecjalnie do fabuły filmu pasuje.

Być może zatem jedynym tropem jest tu Dostojewski, a on ma to do siebie, że bardzo trudno jest do jego wątków i problemów podejść z przymrużeniem oka czy choćby ironią (Dostojewski i cała literatura rosyjska w Miłości i śmierci potraktowane zostały w zasadzie farsowo, choc melancholijna to momentami farsa, zgodnie zresztą ze stereotypem "rosyjskiej duszy"). I może problem w tym, że do Allena bardziej pasowałby Gogol z jego wisielczym niekiedy poczuciem humoru niż skrajnie dołujący Dostojewski? Sceny i wątki komiczne w tym filmie zresztą są i są zabarwione refleksją, ale niezupełnie pasują do całości. Można by w tym szukać swoistego realizmu: w życiu przecież farsa miesza się niekiedy z tragedią, ale - to powiedział już Arystoteles w tym ze swoich dzieł, które w największym chyba stopniu wytrzymało próbę czasu, czyli w Poetyce - w sztuce należy przedstawiać rzeczy prawdopodobne, a niekoniecznie prawdziwe.

To niezbyt udane przemieszanie komizmu i tragizmu skutkuje tym, że chyba najbardziej przejmująca jest scena ostatnia, kiedy nic nie wiedzące o tragedii "wdowy" czyli dziewczyny głównych bohaterów, jakby niby nic przebieraja wśród ciuchów z drugiej ręki. Co więcej - możemy być niemal pewni, że nigdy nie dowiedzą się, co naprawdę doprowadziło do bezsensownej i na pozór przypadkowej śmierci ich chłopaków. Jeśli gdzieś udało się Allenowi w tym filmie dotknąć wymiaru mitycznego, to właśnie w tej finałowej scenie, która jest właściwie jego codą, exodosem. Tam wszystko, mimo że wszystko się już dokonało, wciąż wisi w powietrzu, jest zatrzymane w czasie i przestrzeni.

Koniec spojlerów :)

Wiem, że część krytyki okrzyknęła ten film najwybitniejszym osiągnięciem Allena. Są to, jak sądzę, ci krytycy, którzy uważają, że o poważnych sprawach można mówić tylko tonem podniosłym, a przynajmniej poważnym i tragicznym (dla starożytnych zresztą świat i język tragedii musiał być podniosły, więc bohaterowie Allena nie mieliby w niej dla siebie miejsca). Mnie ten film wciągnął i w sumie oceniam go dobrze, ale nie w obrębie dorobku akurat tego reżysera. Zwłaszcza że ta sama fabuła prawdopodobnie zyskałaby tylko, gdyby zrobił ją kto inny. Kto, na razie nie mam pomysłu, ale zdecydowanie ktoś, kto specjalizuje się w zagłębianiu w mroki ludzkiej duszy (wcale niekoniecznie po bergmanowsku). Allenowi zaś moim skromnym zdaniem widza zabrakło dystansu do opowiadanej historii, czyli tego, co jest zawsze największym atutem jego filmów.

Teatr w okręgu świątynnym Apollona w Delfach

* Niezorientowanych informuję, że sama jestem maniakalną wielbicielką muzyki Wagnera, a pisaniu tej notki towarzyszył I akt Złota Renu w niezrównanym wykonaniu Daniela Barenboima z festiwalu w Bayreuth w 1992 r. :)

czwartek, 03 lipca 2008
Vintage

Będzie nieco offtopikowo, ale aż mi się wierzyć nie chce, że jeszcze o tym nie pisałam, a jednak. W każdym razie co jakiś czas bierze mnie na słuchanie różnych staroci, również polskich. I zawsze przy tej okazji doznaję olśnienia - kiedyś mieliśmy porządne piosenki i przede wszystkim wykonawców, którzy nie marnowali swoich zdolności wokalnych na niczym się nie wyróżniającą nijakość. Nie czuję nostalgii za czasami PRL, nie jestem też wielbicielką lat '60, '70 czy '80 ani też żadnego z wykonawców, których piosenki wrzucam sobie czasem do komputerowej playlisty, ale ilekroć mnie tak weźmie na retro, nachodzi mnie niezmiennie ta sama refleksja.

Ostatnio właśnie mnie wzięło i pozbierałam skąd się dało różne mniejsze i większe dziwactwa (szczęśliwie mam znajomych, którzy są w stanie znaleźć w necie wszystko, mnie brakuje cierpliwości): Popiół i diament Stana Borysa, W siną dal Igi Cembrzyńskiej i Bohdana Łazuki (nie mylić z tym samym tytułem Czerwonych Gitar), Korowód Marka Grechuty, Balladę o cudownych narodzinach Bolesława Ewy Demarczyk, Okularników Sławy Przybylskiej, W żółtych płomieniach liści Łucji Prus i Skaldów, Nim wstanie dzień Edmunda Fettinga, jakieś kawałki z Piwnicy pod Baranami... mogłabym tak jeszcze powyliczać dość długo. Celowo mieszam całkowicie style i wykonawców, bo siłą dawnej polskiej piosenki była różnorodność i jakość w tej różnorodności: w mojej krótkiej wyliczance znalazł sie i kabaret, i piosenka aktorska i poetycka, utwory komiczne i patetyczne, piosenka napisana do filmu. A wśród wykonawców zawodowi piosenkarze czy pieśniarze, ale i aktorzy zarówno komediowi jak i dramatyczni. Co więcej, jak słusznie zwróciła mi kiedyś uwagę przyjaciółka, mieliśmy także bardzo przyzwoity rock progresywny, reprezentowany na mojej liście przez dwa utwory (Popiół i diament i Korowód, których nie powstydziliby się panowie z Procol Harum czy King Crimson), a można by przecież dorzucić jeszcze chociażby Czesława Niemena, na którego akurat bierze mnie stosunkowo rzadko, bo jednak zbyt manieryczny - ale wielkości odmówić mu nie mogę. No i historia adaptacji Wesela Wyspiańskiego nie widziała chyba lepszego Chochoła.

Na tym tle dramatycznie wręcz miałko wypada wszystko, co w polskiej muzyce rozrywkowej dzieje się dzisiaj. A właściwie nie dzieje, albowiem ugrzęzło w jakimś bagnie bylejakości, nijakości i powierzchownego blichtru. Mnożą się gwiazdeczki kreowane przez telewizyjne show, ale żadna z nich nie ma nic muzycznie czy tekstowo do powiedzenia, a rekordowo niska liczba sprzedanych egzemplarzy wymagana w Polsce do uzyskania tytułu złotej płyty tylko pogłębia ten kryzys.

Nie jest oczywiście tak, żeby wokół nas była całkowita pustynia, jest bowiem całkiem sympatyczny Myslowitz, któremu niewiele brakuje, by robić muzykę na poziomie Coldplaya, a czasem zdarzą się perełki w rodzaju Londyn 8:15 IRA, zespołu, który poza tym nie budzi we mnie żadnych emocji, ale tekstem tej piosenki - bliższej protest songowi, który swego czasu był też naszą mocną stroną, niż czemukolwiek innemu - i bezpretensjonalnością aranżacji ujął mnie za serce, kiedy wysłuchałam utworu po raz kolejny w samochodowym radiu. Rzadko ostatnio zdarza się bowiem w Polsce piosenka, której słowa nie byłyby bełkotem, ale starały się być o czymś. Nieważne zresztą o czym - wcale nie jestem również fanatyczką piosenki zaangażowanej, aczkolwiek jeden czy drugi Kaczmarski znajduje się zazwyczaj na tej playliście spod znaku "polskie retro" - byle miał jakiś pomysł, to coś, co sprawia, że piosenki chce się słuchać raz i drugi. Są też u nas świetne głosy, jak chociażby Anna Maria Jopek, która jak nagra coś z Tomaszem Stańką, to wzbija się na wyżyny, ale kiedy kombinuje niezupełnie jazzowo i w innym towarzystwie, to wypada co najmniej blado. Braku głosu akurat nie można zarzucić wielu polskim piosenkarkom, od Edyty Górniak i Justyny Steczkowskiej poczynając - co z tego, skoro nijakość repertuaru obu pań woła o pomstę do nieba.

Najgorsze jest to, że nie mam pojęcia, dlaczego tak się dzieje. Dlaczego polscy wykonawcy obecnej doby nie dbają o to, żeby być indywidualistami (udział w reklamach, pseudoskandale i nagłaśnianie na siłę epizodów prywatnego życia w prasie brukowej nie wystarczą) i żeby pisali dla nich muzykę i teksty naprawdę utalentowani ludzie? Przecież Ewa Demarczyk mogłaby mieć ten swój niewiarygodny głos i niesamowitą osobowość estradową, ale gdyby nie trafiła na Zygmunta Koniecznego, zapewne nie odniosłaby tak kolosalnego sukcesu (kiedy rozstała się z wybitnymi kompozytorami, jej gwiazda przygasła, by nie rzec znikła). Marek Grechuta miał doskonały pomysł na połączenie klimatów jazzowych i progrockowych z piosenką poetycką. Dla Maryli Rodowicz (w czasach, kiedy śpiewała naprawdę z wykopem i oryginalnie) muzykę pisał Seweryn Krajewski, a teksty Agnieszka Osiecka. Ci ludzie byli współautorami sukcesów piosenkarzy i bardzo słusznie. Bo przede wszystkim byli utalentowanymi fachmanami.

Obecna sytuacja prowadzi do takiego otępienia, że gdy wybitny skądinąd aktor, ale najwyraźniej marny reżyser (sądzę głównie po rozpaczliwie nieudanej Antygonie w Teatrze TV jakiś czas temu) Andrzej Seweryn przyjeżdża do Polski, żeby zrobić film (Kto nigdy nie żył), to nie dość, że wychodzi mu gniot, co w tej chwili jest najmniej istotne, to jeszcze na dodatek artysta wyobraża sobie, że współcześni polscy yuppies będą przemierzali cały kraj, by dostać się na koncert Roberta "Jaka to melodia" Janowskiego. Cóż, żałość człowieka przejmuje, a serce swej pociechy darmo poszukuje - ale jeśli się zastanowić nad papką polskiej piosenki, jaką serwują telewizje i stacje radiowe, to Janowski nie odbiega poziomem od reszty, trudno więc się dziwić nieobeznanemu w krajowych realiach (odnośnie gustów młodzieży) artyście, że daje się nabić w butelkę i, co więcej, usiłuje w to samo naczynie nabić następnie publiczność.

Czemu nie ma u nas w tej chwili osobowości muzycznych na miarę chociażby Katie Melua, Rufusa Wainwrighta, Damiena Rice'a czy Nicka Cave'a? (Ja już nie mówię, że w cięższym brzmieniu nawet dawne NRD bije nas na głowę Rammsteinem, który niczym nie odbiega od standardów światowych.) Sytuację usiłuje niekiedy ratować Kazik Staszewski, ale i on rozdrabnia się nieco na lepsze i gorsze side-projecty i dawno nie wydał autorskiej płyty, która byłaby równa pod względem jakości prezentowanych utworów. Ale przecież Kazik to już dinozaur niemalże, pięćdziesiątki dobiega... trudno więc może się dziwić, że ucieka z jednej strony w parodię i humor, z drugiej - w covery Waitsa i songi Weilla. Może i Cave'a kiedyś spolszczy, co oby, bo mogłoby być ciekawie. (Wydaje mi się zresztą, że coś o przymiarkach do tego słyszałam, ale nie pamiętam szczegółów.)

A skoro już o coverach, to może tędy by była droga, skoro mało kto potrafi dziś napisać dobrą piosenkę? Niedawno renesans popularności na świecie odnosiły piosenki Leonarda Cohena za sprawą kilku płyt, na których bardziej i mniej znani wykonawcy światowi odkurzyli mniejsze i większe przeboje, pokazując, że za dość nieznośną dziś manierą i aranżacją oryginałów kryją się autentyczne perły. Problem w tym, że już wyobrażam sobie, jak jedna z drugą laureatka Idola czy innego konkursu audiotele usiłuje się na serio mierzyć z dawnymi polskimi przebojami - i przestaję o tym marzyć. Pozostaje mi włączać w codzienną playlistę stare nagrania, przeplatać to, co lubię z muzyki światowej ledwie pamiętanymi z dzieciństwa starociami i powtarzać sobie, że nie zawsze byliśmy takim straszliwym zaściankiem, więc może kiedyś jeszcze się z grajdoła wydostaniemy. Dum spiro, spero, ale też mam niekiedy wrażenie, że contra spem spero.

Terakota, British Museum

 
1 , 2
Zakładki:
...
Blogi (i foto) moje
Blogroll
Miejsca w necie
Ulubione - artystycznie
Ulubione - filmowo
Ulubione - literacko
Ulubione - muzycznie
Ulubione - naukowo
Ulubione - przyrodniczo
Ulubione - zabawnie
Z tego bloga czyli moje ulubione lub najpopularniejsze notki
Tagi
       

       Copyright