piątek, 21 marca 2014
Liebster Award czyli o(d)powiadanie

[Disclaimer: to wyzwanie przyszło do mnie bardzo dawno, a tę notkę zaczęłam pisać 17 listopada 2013. Jakoś nie dokończyłam, ale nie chciałam pisać następnej nie odpowiedziawszy Szanownym Koleżankom blogerkom, więc z ogromnym opóźnieniem...]

Na początek bezczelnie odpiszę początek wpisu od Oscetc jako jednej z dwóch blogerek, które były tak miłe, żeby zaprosić mnie do tej zabawy (drugą była Ninedin): "Zasady ogólne są proste – ktoś cię nominuje i od razu Twoja samoocena blogowa rośnie – ktoś Cię jednak czyta! Potem odpowiadasz na miły zestaw pytań, a potem jest tylko gorzej, bo musisz wskazać kolejne osoby, które odpowiedzą na wskazany przez Ciebie zestaw pytań."

Zaczynam od pytań Oscetc, bo to zaproszenie znalazłam jako pierwsze:

1) Wolisz stawić czoła problemom Jane Eyre czy Bridget Jones?

A mogę odpowiedzieć na przykład tak: Lary Croft? Albo River Song? (W obu przypadkch trzeba dobrze się natrudzić, żeby nie zniszczyć wszystkich zabytków, na jakie człowiek się natknie.) No dobrze, ale wracając do pytania: chyba jednak wolałabym być Jane Eyre, bo Jane jest bardzo ale to bardzo inteligentna, no i zawsze może się trafić pan Rochester wyglądający jak Toby Stephens... A poza tym wolę klimaty mroczne od biurowych, no i w sumie większość problemów Bridget jest mi nieznana. Em, wróć. Są tacy, nie będę wskazywać palcami, którzy zapewne przypomnieliby mi, że zdarza mi się bywanie królową chaotycznego obciachu na miarę Bridget. Ergo: ja jednak poproszę Jane.

2) Podobno życie kobiety staje się najciekawsze po trzydziestce. A życie mężczyzny? Których obserwujecie z większą uwagą?

O rany. Ostatnio fangirlingowo zakochałam się w ojcu i synu, na dodatek obu sprzed ok. 200 lat. Syn nie dożył 22 lat. Inny mój historyczny fangirling nie dożył 33. Ale aktorów wolę tych raczej dojrzałych... (ehem, a co z faktem, że bardzo podobał mi się Artur w Merlinie?)

3) Jesteś Sherlockiem. Wolisz stawić czoła królowej Wiktorii czy królowej Elżbiecie II? I jaką sprawę rozwiązujesz?

Wiktorii. Staram się udowodnić, że jej bliska przyjaciółka cesarzowa Eugenia jest agentką Wielkiego Cthulhu albo Czarnej Kozy z Lasu z Tysiącem Młodych (dziękujemy ci, HPLovecrafcie) i zapobiec wysłaniu jej syna do Afryki.

4) Musisz spędzić rok na bezludnej wyspie. Możesz zabrać tylko jedną książkę, bez szans na to, że przypłynie kolejna. Jaką książkę wybierasz i dlaczego?

Rękopis znaleziony w Saragossie Jana Potockiego - bo czytałam go kilkanaście razy i zawsze znajdę tam historyjkę, której kompletnie nie pamiętam, no i zawsze mogę zabrać się za rozrysowywanie zależności pomiędzy wszystkimi historyjkami...

A może jednak Hrabiego Monte Christo?

Teraz czas na pytania Ninedin:

1. Jesteś Thursday Next. Na 24 h możesz się zamienić z dowolnym bohaterem literackim/serialowym. Kogo wybierzesz i jak mu/jej zamieszasz w życiu?

Hmmm... To może zostanę Gwen Cooper, będę miała ognisty romans z Jackiem Harknessem (lubię Rhysa jako człowieka, ale wolałabym, żeby Gwen za niego nie wyszła, więc może przynajmniej się rozwiodą...), zapobiegnę katastrofom drugiego sezonu Torchwood i wymyślę lepszy sposób na uporanie się z obcymi z Children of Earth, a wszystko po to, żeby Jack pozostał beztroskim sobą. (Jack Bauer w 24 godziny potrafił dokonać więcej, toteż nie sądzę, żeby było to zadanie ponad siły).

2. Jesteś Córką Doktora. Masz wehikuł czasu i licencję od Jacka Harknessa na legalne wykradzenie jednej jedynej osoby z jej linii czasowej w historii Ziemi i zabranie ze sobą w dowolne miejsce czasoprzestrzeni. Kogo/dokąd?

(Musiałaś mi to zrobić? Wiedziałaś, że nie będę potrafiła się zdecydować, zob. punkt 2 poprzedniej serii pytań.) Najpierw uznałam, że powinnam być altruistyczna i wahałam się między założycielem rodu Habsburgów, cesarzem Franciszkiem II/I, Metternichem i Talleyrandem, żeby jakoś zapobiec Kongresowi Wiedeńskiemu. Ale potem zauważyłam, że mam taką osobę zabrać "ze sobą" i jak rozumiem spędzić z nią jakiś czas w owym dowolnym miejscu, a nie po prostu wykopać z jej timeline'u... a jakoś nie palę się do towarzystwa żadnego z tych panów, mimo że wszyscy mieli w swoim czasie spore powodzenie u kobiet. To może jednak ukradnę młodego człowieka znanego między innymi jako Książę Reichstadtu i zabiorę go w jakieś miejsce odpowiednie do uknucia wspaniałej intrygi... (a potem przekupię Kapitana Jacka - I am his greatest fan, after all - żeby pozwolił mi wrócić i tę intrygę przeprowadzić. Choć może w sumie lepiej byłoby wykraść jego ojca i zapobiec przemianie Króla Rzymu w Księcia Reichstadtu?)

3. Jesteś Lokim (tym wprost z mitologii, nie tym z Marvela) i zamierzasz zasiać trochę chaosu. W tym celu wyciągasz z dowolnych dwóch uniwersów dwie postacie i umawiasz na randkę LUB spotkanie towarzyskie bez romantycznego podtekstu, które się musi skończyć katastrofą. Kogo z kim? I z czego wyniknie katastrofa?

Jack Bauer i Donna Noble. Randka. W Los Angeles wybuchnie nie jedna, ale kilka bomb atomowych, ale potem wszystko skończy się dobrze, bo przecież Donna jakoś zdoła uratować świat :) Jack Bauer odleci w Tardis.

4. Jesteś Muzą. Masz szansę zagwarantować wielką, mega, światową super hiper karierę i popularność jednej powieści/filmowi/serialowi/fandomowi, który uwielbiasz Ty i zdecydowanie za mało osób poza Tobą; uważasz, że zasługuje na znacznie więcej, niż ma. Jaki wybierzesz i dlaczego? 

Serial wg Belgariady i Malloreonu Eddingsa, please! Gdzieś mam nawet obsadę idealną...

Moje pytania:

1. Napiłaś się przez przypadek krwi jakiegoś potężnego wampira, co dało ci niezwykłą moc magnetyzmu: przez parę godzin masz zdolność przekonania każdego człowieka do dowolnej rzeczy. Kogo i do czego przekonujesz? (możesz podróżować w czasie)

2. Możesz przenieść się w świat dowolnej powieści i zmienić w niej jeden (ale koniecznie istotny!) szczegół - w tym sensie istotny, że od pewnego momentu wszystko musi pójść inaczej. Gdzie lądujesz i co zmieniasz?

3. Możesz zaangażować kompozytora z dowolnej epoki do napisania opery wg dowolnej książki, filmu itd. Według czego piszesz libretto i dla kogo?

4. Możesz sobie u dowolnego malarza z dowolnej epoki zamówić portret z dowolnym swoim fangirlingiem. Z kim się portretujesz i u kogo?

Wyzwane blogerki to (choć chętnie dałabym również zwrotnie...):

Ysabell

Fabulitas

Rusty Angel

Sherlockistka

 

sobota, 14 kwietnia 2012
To lubię - muzyka (2)

Nieco ponad dwa lata temu napisałam sobie pierwszą odsłonę wpisu o ulubionej muzyce (i było tylko o operze), a zupełnie niedawno N. napisała o swoich takoż operowych preferencjach. Ponieważ po części zdarzyło nam się wspólnie poznawać nowe operowe światy, uświadomiłam sobie, że dla mnie te dwa lata były czasem wielkich odkryć i przewartościowań, w związku z czym tamten wpis sprzed dwóch lat stracił co nieco na aktualności. No a ponieważ urodzinowo postanowiłam zrobić sobie, jak zazwyczaj, jakiś blogowy prezent, to taka lista całkiem nowych ulubionych operowych kawałków, będzie całkiem nie od rzeczy.

W kwestiach oper już wcześniej ulubionych poznałam nieco nowych fantastycznych wykonań, np. płytowego Tristana z Placido Domingo i Niną Stemme, którego kupiłam trochę jako ciekawostkę, a okazał się jedną z najlepszych znanych mi wersji; widziałam też w kinie nowojorską Walkirię z rewelacyjnym Jonasem Kaufmannem w roli Siegmunda, co było jednym z najwspanialszych muzycznych doznań ostatnich lat; niezwykle podobali mi się Luca Pisaroni i Rene Pape w dwóch różnych obejrzanych spektaklach Wesela Figara; wśród wystawień Don Giovanniego wysoko zawędrowało również nowojorskie z Mariuszem Kwietniem i Pisaronim, choć na pierwszym miejscu jako Komandor pozostaje Matti Salminen; znalazłam nowe ulubione wykonanie Fausta Gounoda. Ergo: skupimy się na czymś w moim repertuarze całkiem nowym. Najpierw zatem czytelnikom należy się wyznanie.

Confiteor: odkryłam barok. Gorzej - pokochałam barok. Żeby było zabawniej, nastąpiło to niemalże z dnia na dzień, do tego stopnia, że kiedy na przełomie marca i kwietnia zeszłego roku jechałyśmy z N. na konferencję operową do Pobierowa na Pomorzu Zachodnim drogą okrężną wprawdzie, ale i tak najszybszą, to wielce byłam zdegustowana faktem, że w Dreźnie grali akurat Koronację Poppei Monteverdiego. Widziałam wcześniej w telewizji i chwilowo nie miałam najmniejszej ochoty powtarzać tego doświadczenia. W Berlinie z kolei obejrzałyśmy Tristana i Izoldę Wagnera (wciąż w kwestii czysto brzmieniowej mój numer jeden, choć w kwestii ogólnomuzycznej dzieli to miejsce z Pierścieniem Nibelunga, ale też Wagner nadal, pomimo pewnej dezaktualizacji wzmiankowanej notki, pozostaje moim bezwzględnie ulubionym kompozytorem). A konferencja w Pobierowie była o operze i historii - niżej podpisana wygłaszała referat o absurdalnych librettach, głównie Haendla, opartych na dziejach rozlicznych Ptolemeuszy oraz umiłowanego wielce Mitrydatesa VI Eupatora i Dionizosa, króla Pontu. I była przekonana, że wygłasza referat o kompozytorze, którego nigdy ale to nigdy nie będzie miała ochoty słuchać w większych dawkach.

Tymczasem w ramach wieczornych dyskusji o historycznych, "historycznych" i ahistorycznych wystawieniach niektórych oper zaprezentowano uczestnikom między innymi przegląd spektakli... Koronacji Poppei. I nagle ta opera nabrała sensu, muzycznego znaczy się, albowiem im lepiej poznaję twórczość barokowych librecistów, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że fabularnie bije ona na głowę wszelkie absurdy świata. Skądinąd zapoznanie się z Haendlem na poziomie muzyki a nie tylko fabuł, od których włos mi się na głowie jeżył, kiedy wzmiankowany referat pisałam, też zawdzięczam tejże konferencji, a konkretnie innej prezentacji - różnych, wokalnych tym razem, wykonań arii "Or la tromba" z Rinalda. W sumie tej prezentacji zawdzięczam nie tylko zachętę do słuchania twórczości Haendla, ale również zakochanie się w kontratenorach.

To tak tytułem wstępu, który tłumaczy dalszy ciąg tej notki czyli listę nowo polubionych i z baroku ulubionych operowych kawałków na kwiecień roku 2012*.

A zatem po pierwsze w ramach korekty do poprzedniego wpisu - "Che farò senz'Euridice" Glucka pozostaje wśród ulubionych, ale w kwestii preferowanych wykonań żegnajcie ciepłe mezzosoprany, oto mężczyzna, w którego głosie zakochałam się bez reszty:

Podobnie korekta należy się lamentowi Dydony - obecnie najbardziej lubię w tej roli panią, w której również się zakochałam:

Jak się już rzekło, Monteverdi z jego Poppeą jest pewnego rodzaju symbolem tego, jak nagle i niespodziewanie można coś polubić pomimo wcześniejszej niechęci (wiem, zabrzmi to jak ostateczny banał, ale ta niechęć rzeczywiście aż nazbyt często wynika z ignorancji, a mi nieodmiennie musi się przypomnieć przeczytane w wenezuelskim dzieciństwie zdanie z wielkiego historyka sztuki Ernsta Gombricha - cytuję w przybliżeniu - że jeśli coś się podoba, to ok, ale jak się nie podoba, to warto spróbować się temu bliżej przyjrzeć, bo może coś się traci). A zatem dwa niewiarygodne kawałki z tego dzieła - finałowy duet Nerona i Poppei (patrzcie państwo, Neron nie jest tu może ideałem, ale nie jest też czarnym charakterem i potworem, któremu należy się sienkiewiczowskie ostateczne potępienie!!!) oraz scena śmierci Seneki. Zupełnie inne klimaty, ale jedno i drugie - fantastyczne.

Tu, w przypadku Seneki, na dodatek jeden ze spektakli, które podobały mi się najbardziej:

 

Po tym Pobierowie oczywiście żałowałam już, że nie wracamy przez Drezno, a w Krakowie zaczęłam przesłuchiwać kolejne Haendle i po roku od konferencji mogę powiedzieć, że najważniejsze dzieła już jako tako znam, mam też swoje ulubione spektakle, wykonawców i arie. Po prawdzie jest to zdecydowanie kompozytor, którego popisowe solowe kawałki cenię sobie najwyżej - wszyscy dziewiętnastowieczni kompozytorzy w rodzaju Verdiego czy Pucciniego ze swoimi pięknymi piosenkami w operach mogą się schować ;)

Proszę bardzo, na początek absolutny hit, "Lascia ch'io pianga" z Rinalda - nie jest to może moje absolutnie ulubione wykonanie, ale przynajmniej wyświetla się bez reklamy na początku i długiej sceny dookoła:

Jedna z ulubionych scen z Giulio Cesare, który skądinąd jest poniekąd o zupełnie innych królach i ma rozkosznie wręcz bezsensowną fabułę, zakończoną obowiązkowym happy endem, w którym Cezar, Kleopatra i Sekstus Pompejusz oraz jego matka żyją długo i szczęśliwie. Klip z przedstawienia, które bardzo lubię, komiczna scena konfrontacji z czarnym charakterem czyli Ptolemeuszem XIV (który w realu był młodszym nastolatkiem); skądinąd ujęcie Cezara akurat wydaje mi się bardzo do tej postaci pasujące:

Semele, "Endless Pleasure" w cudnie lekkiej i beztroskiej interpretacji Danielle de Niese - niestety trzeba odczekać sześć sekund, żeby móc pominąć obrzydliwe reklamy, dlatego nie wklejam klipu. Ale to jest bezwzględnie moje ulubione wykonanie z jednej z moich obecnie ulubionych płyt.

I na koniec mój absolutny barokowy numer jeden w chwili obecnej, duet z Rodelindy - numer jeden zarówno jeśli chodzi o muzykę, wykonanie jak i spektakl. Jak dla mnie - totalny odlot pod każdym względem (płyta ze spektaklem w drodze z Amazona):

* W obecnej histerycznej copyrightowej atmosferze nie mogę zagwarantować, że linki będą się otwierać. Ogromną większość tego, co tu prezentuję, posiadam legalnie (albo zamierzam kupić, jak tylko się ukaże na dvd), ale nic mi to nie daje w kwestii udostępniania... Co skądinąd jest bez sensu, bo np. w cytowanym spektaklu Rodelindy zakochałam się właśnie dzięki klipom i dzięki nim go kupiłam.

niedziela, 01 kwietnia 2012
Nieznane rękopisy...

Rzadko piszę o poezji, ponieważ mam głębokie przekonanie, że nie umiem o niej pisać. Natomiast ostatnio - to nie żart - sporo czasu zajmuje mi tłumaczenie poezji. No dobra, trochę żart, bo część problemu polega na tym, że wcale nie aż tak sporo. Tzn. potrafi pochłonąć całą noc, ale zasadniczo zdarza mi się borykać z wyrzutami sumienia spod znaku "tak szybko", "tak bezboleśnie", ba, wręcz czasem "tak łatwo"? Szkoła z jej nabożnym stosunkiem do romantycznego cierpienia we wszelkich możliwych wymiarach wpaja w nas przekonanie, że twórczość wszelaka powinna być okupiona cierpieniem duszy i nawet utwory pisane w natchnieniu (proszę, oto główny paradoks romantyzmu à la polska szkoła: masz pisać w porywie uczuć i inspiracji, ale zarazem oblewać krwią, potem i łzami każdy wers...) muszą wiązać się z twórczym trudem i zmaganiami z werbalną materią.

Na dodatek - tłumaczę, przynajmniej chwilowo, głównie romantyków (angielskich). Jak już się to drukiem ukaże, nie omieszkam poinformować szanownych czytelników, na razie mogę odesłać tylko do tego, co ukazało się drukiem (żadnych romantyków: Kipling, Embeirikos, Clifton, Piatt) i tego, co sama zanim zaczęłam to traktować poważnie umieściłam w sieci (tu też). I to tyle w kwestii poważnej właśnie.

Beauty is truth

Bo tak naprawdę z okazji pierwszego dnia kwietnia chciałam opowiedzieć o najbardziej dziwacznym zdarzeniu okołopoetyckim w moim życiu*. Nie, jeśli ktokolwiek wie, że zdarzyło mi się opublikować tu i ówdzie kilka limeryków, i już zaciera łapki, że zgadł, to się myli. Nie chodzi ani o towarzyskie zabawy spod tego znaku, ani nawet o zamówienie publiczne pt. Limeryki o Krakowie z okazji rocznicy lokacji. Limeryk - sprawa poważna. Nie chodzi również o bardziej prywatnie towarzyską zabawę w pisanie żartobliwych wierszyków z okazji filmowej wersji Władcy pierścieni.

Nie, drodzy czytelnicy, sprawa byłaby istnie primaaprilisowa, gdyby nie to, że nie miała miejsca w prima aprilis. Otrzymałam mianowicie kilka lat temu pocztą zbiór rękopisów poetyckich w teczce zatytułowanej W zlewie romantyczny tłok. List niestety zaginął w otchłani, więc nie pamiętam, jaka organizacja (tak, to było jakieś coś, co miało nazwę i adres, a zapewne i prezesa) mi to przysłała.

Zasadniczo od razu odesłałam sprawę do limbo, ale potem natura wzięła górę i zajrzałam do szuflady. Było to kilka kartek, które pozwalam sobie tu opublikować z okazji prima aprilis roku, w którym odwołano koniec świata. To niezły pomysł na wywinięcie się z blogowego milczenia, a czytelnik, jeśli ma ochotę, może sobie podumać na dowolnym światowym bruku, nad autorstwem tych utworów, wyglądających jak nieporadne juwenilia największych polskich poetów XX w., niekiedy traktujących zadany w tytule zbioru temat tak podle pretekstowo! (Publikuję w kolejności, w jakiej kartki były ułożone w wzmiankowanej powyżej teczuszce.)

 


 

***

w zlewie romantyczny tłok
ach posuńże się w bok
woła
kogo melancholia kranu
przygniotła do ziemi

brudną ściereczką
do niczego

 


 

W ZLEWIE ROMANTYCZNY TŁOK

obudziłem się
choć nie wiem

za oknem
szary
dym po wczorajszym meczu

zadyma
odbiła się krzykiem
w matowym oku

talerza

w dzieciństwie
jadłem z niego owsiankę

 


 

PORZĄDKI PO PRZYJĘCIU

jakże się tu nie uśmiać

talerzyki kieliszki
łyżeczki widelczyki

tańczą w korowodzie
po przyjęciu na którym
pracowały w milczeniu
jak angielscy służący

jakże się nie zachwycić

plamką na sukni
zagiętym rąbkiem
miseczki która filuternie
zakrywa wciąż twarz
serwetką

nie mogę tak po prostu
włożyć ich do zmywarki

niech się jeszcze nabawią
w zwykłym zlewozmywaku

są bliższe ludziom niż maszynom

 


 

KALISZ

myślałem
nie było ich
kiedy przechodziły tędy karawany
rzymskich kupców

w osadzie Calisia
klepisko zamiast forum
w kramach rozłożone
kryształy bursztynu

słowo electrum
nie przyjęło się
w miejscowym dialekcie

ekwita pożywia się
z glinianej miski

myślałem
nie było ich

spod warstw ziemi
wydobywam
połamane skorupy

nic ich nie różni
od porcelany w fantazyjny wzór
w moim zlewie

 


 

PIOSENKA

Już widzę jak w walca tanecznym porywie
Twarz twoja ku mojej obraca się w takt.
I nie wiem, czy sen to, nadzieją się żywię,
Że będziesz tak moją jak jesteś nią w snach.

Ty śmiejesz się jeszcze, gdy mkniemy przez salę
I w walcu unoszę do ust twych mą dłoń,
By w tańca pomroce, w tym pędzie wciąż dalej
Przez wino w niebytu zanurzyć się toń.

Za oknem majowa noc szumi radosna,
Lecz czuję na twarzy gorącość twych łez:
Ty wiesz już, nie dane nam będzie pozostać,
Tym czasom beztroskim już los znaczy kres.

Przeszli jak burza, pozostały po nich
Ruiny, zgliszcza i więdnący kwiat.
I krzyk jak piorun z wyciągniętej dłoni
Znaczący chwilę, w której umarł świat.

Dziś w dłoni trzymasz, choć minęły wieki
Ten sam kieliszek, którym niegdyś ja...
I jestem z tobą bliski choć daleki
Choć odmieniony, lecz zawsze ten sam...

Spójrz ku mnie, nie pozwól, by zmącił marzenia
Ten obraz przyszłości wśród płaczu i łun.
Ty trwać zawsze będziesz w tych kroków wspomnieniach,
Zaklęta na wieki w rytm walca wśród strun.

 


 

Cmentarz Protestancki w Rzymie

* 3 kwietnia. Do tego, co czcieł, że się tak po staropolsku wyrażę, czyli disclaimer, że się wyrażę bardziej nowocześnie. Historyjka w formie primaaprilisowej jest oczywiście grubymi nićmi szytym powtórzeniem starego jak świat chwytu publikacji fikcyjnych utworów literackich czy dzienników. Ale zarazem historyjka z "W zlewie romantyczny tłok" jest jak najbardziej prawdziwa, tzn. to nie ja wymyśliłam ten tytuł. Autentycznie kilka lat temu dostałam zaproszenie do udziału w konkursie poetyckim pod takim właśnie tytułem, organizowanym przez jakiś naprawdę istniejący Dom Kultury, stowarzyszenie czy sama nie wiem co, bo istotnie mail wylądował dość szybko w koszu. A jak już wylądował, to mnie opanowała pastiszowa wena i tak to w ciągu może dwóch godzin powstał ten zbiorek na zadany temat. Przypomniałam sobie o nim na fali pracy nad Keatsem i Wordsworthem, no i okazał się jak znalazł na Prima Aprilis 2012 :)

poniedziałek, 15 lutego 2010
Nagroda i wyzwanie

Kreativ Blogger Award

Dziękuję Ninedin za wyróżnienie mnie nagrodą Kreativ Blogger Award, a przy okazji zrealizuję wreszcie jej wyzwanie dotyczące czytelniczej zabawy - łańcuszka. Nominacje KBA - na końcu notki.

Oto pytania Ninedin:

1. Czy zdarzyło Ci się przeczytać książkę, która w sumie była słaba, ale miała jeden element - postać, motyw, element świata przedstawionego - który Cię zachwycił?

W sumie częściej zdarza mi się na odwrót (po części ostatnio dlatego, że z powodu chronicznego braku czasu czytam głównie rzeczy polecone przez osoby, z którymi mam dość zbieżne gusta): że książka mi się bardzo podoba, ale chciałabym zamordować autora za jakieś szczegóły, bezsensowne rozwiązania fabularne czy idiotycznie skonstruowane postacie. Ale udało mi się w końcu skompletować trzy przykłady ilustrujące różne doświadczenia lekturowe postulowane przez to pytanie.

Doświadczenie czytelnika. Oczywiście Quo vadis - znienawidzony i zakłamany historycznie kicz, który jednakowoż zawiera jedną z moich ulubionych postaci czyli Petroniusza.

Doświadczenie tłumacza. Uczennica maga - prequel do Trylogii Czarnego Maga Trudi Canavan. Jest to typowe dzieło "na zamówienie" fanowsko-wydawnicze, napisane niestety na kolanie, do czego zresztą autorka poniekąd się kiedyś przyznała w wywiadzie - czas ją gonił, wydawca naglił, a pani Canavan akurat się przeprowadzała i remontowała dom. To wszystko dramatycznie wręcz widać w tej książce. A zarazem przedstawiony tam wątek niewolnika oraz rozwiązanie pod sam koniec jednego z motywów ważnych dla fabularnie późniejszych książek (stworzenie spustoszenia na granicy) są naprawdę świetne i jakby wyjęte z zupełnie innej bajki. Ta końcowa scena z zupełnie oszalałym magiem i jego sługą, scena zawierająca w sobie cały ładunek starej prawdy, że "historię piszą zwycięzcy", jest naprawdę wielka, mimo że poza tym akcja powieści jest momentami do bólu sztampowa, a naprawdę ciekawe wątki potraktowane po macoszemu.

Na specjalne wyróżnienie w tej kategorii zasługuje Wywiad z wampirem Anne Rice - literacko jest to dość marne, a na dodatek histeryczne i manieryczne w sposób, którego nie znoszę, ale rewolucja, jaka za sprawą tego kiczu - oraz jego filmowej adaptacji - dokonała się w wyobrażeniach o wampiryzmie jest nie do przecenienia.  No i ten Lestat...

2. Czy zdarza Ci się sięgać po pojedyncze powieści z gatunków, których normalnie nie czytasz?

Tak, aczkolwiek dość rzadko (i tu pominę doświadczenie tłumacza, który czasem chałturzy). Jakkolwiek prędzej pójdę na komedię romantyczną do kina niż przeczytam romans, tak zdarza mi się czytać z przyjemnością np. kryminały, których pożeraczką poza tym nie jestem (tu z kolei nie liczę znajomości klasyki). Takoż powieści historyczne bez odcienia fantastyki ;)

3. Czy kiedykolwiek przy lekturze zdarzyło Ci się zapomnieć o świecie zewnętrznym do tego stopnia, że straciłes/-aś poczucie czasu i zapomniałeś/-aś o czymś ważnym?

Ech, wiem, że chcesz, żebym to publicznie wyznała: jak kończyłam Coldfire Trilogy C. S. Friedman to dopiero dym, który z kuchni zawędrował do pokoju przypomniał mi o tym, że w piekarniku odgrzewa(ła) się pizza. Troszkę z niej się uratowało.

Poza tym zupełnie miewam podobne doświadczenia tłumaczeniowe - ostatnio bywało, że trzeci tom Percy'ego Jacksona Ricka Riordana i pierwszy Hex Hall Rachel Hawkins trzymały mnie przy klawiaturze do wczesnych godzin rannych, a ja co mniej więcej pół godziny powtarzałam sobie, że ten akapit jest na pewno ostatni, że już nie zacznę nowego rozdziału, i że tak w ogóle to powinnam iść spać. Wcześniej tak wciągnęło mnie Zmęczenie materiału Seana Williamsa.

A teraz moje pytania - do odpowiedzi wywołuję Maarcusa, Babilasy i Cedra. Zapraszam również PT Komentatorów, a zwłaszcza Ninedin, do swobodnej wymiany myśli.

1.  Czy zdarzyło ci się czytać książkę, której świat byłby opisany tak wyraziście, że masz wrażenie, że byłeś w tym mieście, kraju, kawałku świata - mimo że tak naprawdę nigdy go nie odwiedziłeś (jeśli istnieje naprawdę) albo wręcz świat powieściowy jest całkowicie fikcyjny?

2. Czy zdarzyło ci się czytać książkę, która pod wieloma względami sprawiałaby wrażenie pełnego deja vu, a mimo to była na tyle oryginalna, żeby nie dało się jej nazwać plagiatem, ba - żeby zasługiwała na wysokie oceny krytyczne?

3. Czy w swoim doświadczeniu czytelniczym trafiłeś/aś na książkę, którą milion razy, niemal na każdej stronie, miałeś/aś ochotę rzucić do kąta i więcej do niej nie zajrzeć, a mimo to nie potrafiłeś/aś się od niej oderwać i przeczytałeś/aś do końca?


A teraz, wracając do Kreativ Bloggera - moje nominacje (nie było łatwo - ciekawych blogów jest naprawdę sporo, trzeba tylko dobrze poszukać, no i klikać w linki komentatorów):

Kategoria Nauka: Nic prostszego - naprawdę ciekawy blog młodego naukowca (w tej kategorii miałam dużo kandydatów, ale zdecydowałam się zaproponować blog, który nie jest jeszcze tak szeroko znany i linkowany jak Młody fizyk czy Świat - jak to działa)

Kategoria Historia: Ogólna teoria wszystkiego - za wysoką kulturę pisania o ciekawostkach historycznych oraz filozofujące anegdotki

Kategoria Kultura: Dom nad jeziorem - za to, że ktoś pisze ciekawie i fachowo o operze, a przy okazji o mnóstwie innych rzeczy, które lubię

Olimpia

czwartek, 11 lutego 2010
Historia prawdziwa

Pewnego dnia, jakieś dwa lata temu, wybraliśmy się niewielką grupką do Bielska z jego okolic. Ja (za kierownicą), moja Przyjaciółka, jej Brat i ich Kuzynka. Jechaliśmy dwupasmową obwodnicą miasta, kiedy nagle niezbyt daleko przed nami pojawił się ogromny tir, który przeciął jezdnię w przeciwnym kierunku i wtaczał się właśnie na przełączkę z ewidentnym zamiarem skręcenia na nasz pas. Nie wiem, czy kierowca nas nie widział, czy w ogóle nie przyszło mu do głowy popatrzeć, dość, że ku mojemu absolutnemu przerażeniu nie zatrzymał się na przełączce, ale kontynuował wtaczanie się na pas. Trąbienie nic nie pomogło - facet powolutku ale nieuchronnie pożarł najpierw jedną jezdnię, a następnie zaczął przesuwać się na drugą.

Jeżeli kiedykolwiek w życiu czułam się jak Sherlock Holmes z poprzedniej notki, to wtedy, ponieważ prawie że pamiętam procesy myślowe zachodzące w mojej głowie w ciągu raptem sekund. Ocena, że dalsze hamowanie nic nie da - za blisko. Ocena, że on zajmie oba pasy wcześniej niż ja tam dojadę, nawet gdybym w tej chwili ostro przyspieszyła. Ocena, że niewielka skarpa i krzaki na poboczu są lepszym miejscem na zarycie się maską samochodu niż ciężkie żelastwo. A potem już zupełnie ułamkowosekundowa decyzja: na poboczu jest dość miejsca, żeby po szutrze się prześlizgnąć tuż przed maską tira. Delikatny skręt zamiast ostrzejszego, lekkie przyspieszenie zamiast hamowania, chwilę potem znów gładki asfalt pod kołami, a we wstecznym lusterku tir blokujący oba pasy i pobocze. Jechałam przed siebie, przegapiłam zjazd, gdzie mieliśmy skręcać, a potem, jak już zawróciliśmy, na wszelki wypadek natrąbiłam na jakąś nieszczęsną ciężarówkę, która zbliżała się do drogi od strony prawej. (Skądinąd niech żyją polskie dwupasmówki z kolizyjnymi skrzyżowaniami.) Potem nogi jak z waty na parkingu. I nagłe zdziwienie - jakim cudem nie zatrzymałam się nieco dalej na tym poboczu i nie nawrzeszczałam na tirowca, jak ze wszech miar nakazywałby mój temperament. Może dlatego, że racjonalny umysł, którego tempo myśli zdecydowanie zwolniło, nie wierzył do końca, że się udało, więc po prostu jechałam przed siebie.

Nie opisywałabym tej krew w żyłach mrożącej sceny, gdyby nie pewne okoliczności, które ją poprzedziły. Otóż Kuzynka, etnolożka (i jeszcze parę innych rzeczy, bo przy niej to chyba nawet ja mało kierunków studiowałam), dopiero co nabyła gadżet zwany Pierścieniem Atlantów i przez cały dojazd do obwodnicy nawijała o tym, co jest o nim napisane w ulotce reklamowej czy też co wyczytała w necie - w sumie nie wiem, skąd miała te wszystkie informacje. Opowiadała o tym pół serio, wszyscy się w sumie podśmiewaliśmy, przytaczając różne anegdotki o wizytach w dziwacznych sklepach. Z całego tego wywodu utkwiło mi w pamięci jedno zdanie: "i wiecie, on chroni też przed wypadkami drogowymi". Pewnie dlatego utkwiło, żeśmy sobie z niej żarty robili, że go akurat teraz zabrała.

Nie twierdzę, że Pierścień Atlantów uratował nam życie, daleka jestem od wiary w cudowne własności przedmiotów wszelakich i tak dalej. Kiedyś przez przypadek napiłam się wody święconej i jak widać nadal żyję, a jakkolwiek wszystkie bez wyjątku moje komputery i komórki zachowują się tak, jakby siedziały w nich jakieś wyjątkowo złośliwe stwory psujące, co się da (do tego stopnia, że największy sceptyk wśród moich kolegów powiedział, że "podważam jego wiarę w racjonalność świata") - to pomimo tego wszystkiego nieskromnie uważam, że uratowały nas wtedy właściwe ułamkosekundowe decyzje i refleks. A pierścień? Ot, zbieg okoliczności.

Dlaczego więc w ogóle o tym piszę? Otóż środowiska katolickie w Polsce, najwyraźniej nie mając nic lepszego do roboty, zabrały się ostatnio za kilka krucjat. Jedna z nich dotyczy właśnie Pierścienia Atlantów jako groźnego symbolu okultystycznego, który prowadzi prosto w objęcia szatana i tak dalej. Wszystko przez to, że na blogu "byłej satanistki" ktoś znalazł opis - skądinąd stanowiący parodię problemów Froda z Jedynym Pierścieniem - straszliwych mąk, jakie autorka rzekomo przeżyła po założeniu Pierścienia Atlantów.

A ja tymczasem, gdybym chciała, mogłabym napisać śliczną hagiograficzną historyjkę z Pierścieniem w roli głównej. O uratowaniu życia. Dokładnie taką, jakie można wyczytać na różnych portalach o wszelkiego rodzaju cudownych medalikach i tak dalej. Co tylko potwierdza tezę jednego z komentatorów trzy notki wstecz, że "Kościół walczy z tymi, którzy chcą naruszyć jego monopol na magię... ;)"

Swoją drogą krucjata przeciw Pierścieniowi nie jest jedyną. Po enuncjacjach na najwyższym szczeblu na temat Dana Browna zaczęła się teraz również instytucjonalna walka ze Zmierzchem. Bo wampiry złe one bardzo są, i bardzo źle w złym - choć opiekuńczym, miłym, honorowym i przed ślubem nawet o żadnych tam takich nie myślącym - wampirze się zakochać, oj źle bardzo. Cóż, akurat ten przykład pokazuje, że co kultura to co innego złego w nieszczęsnym Edwardzie Cullenie widzi, albowiem jak pokazała N, amerykańskim feministkom nijak wampirzość nie przeszkadza, za to tradycyjny model rodziny jak najbardziej. Może by tak jakoś dotknięciem - nomen omen - magicznej różdżki sprawić, żeby katoliccy działacze w Polsce i feministki w Ameryce zobaczyli w Zmierzchu to, co widzą ci drudzy? Byłoby po problemie...

Pierścień minojsko-mykeński

czwartek, 30 lipca 2009
Ad fontes?

Nic dwa razy się nie zdarza? Akurat. No niby nie tak samo, a jednak jakoś tak dziwnie.

Niecały rok temu wracałam przez Rumunię z objazdu po Grecji i tuż przed Timisoarą, na kolejnej stacji benzynowej, na której bezskutecznie poszukiwałyśmy "roviniety" (za brak której grozi mandat, a której dostanie graniczy z cudem; Timisoara to już były 2/3 przejazdu przez Rumunię, a winiet jak nie było tak nie było), postanowiłam rozprostować nogi, podczas gdy N. poszła dowiedzieć się, że roviniety nie ma. Wysiadałam właśnie z samochodu, kiedy poczułam bardzo ostry ból w nodze i chwilę potem zataczając się dotarłam do stojącej na szczęście w pobliżu ławeczki, frenetycznie poszukując w plecaczku antyhistaminików. Noga puchła właśnie w efekcie użądlenia przez osę wielkości małego szerszenia - na pozostałych stu kilometrach dzielących nas od granicy węgierskiej zrezygnowałyśmy z poszukiwania roviniety, jako że moim jedynym marzeniem było dojechać do kraju, gdzie w razie czego poziom higieny w szpitalach jest już na pewno na poziomie europejskim. Noga była szczęśliwie lewa, a sprytny system opatrunków i podkładek umożliwiał nawet używanie sprzęgła w dość normalnym trybie.

Dwa dni temu wracałam przez Słowację z objazdu kawałka austrowęgierskiego, że tak powiem, limesu rzymskiego imperium, kiedy naciskając na sprzęgło poczułam ostry ból w pięcie. Uznałam, że ponieważ "nic dwa razy", jak mówi poet(k)a, musiał to być rozgrzany kamyczek, ale byłam w błędzie. Bliższe oględziny na nadarzającym się postoju ujawniły ani chybi użądlenie przez osę, która musiała zaplątać się do samochodu jeszcze na Węgrzech, kiedy w ślicznym miasteczku Sirok koło Egeru spożywałyśmy posiłek, opędzając się od zainteresowanych zapachami os. Na szczęście skóra na pięcie jest twarda, więc bąbel rozlazł się jedynie na chwilę po spodzie stopy, a następnie skapitulował w obliczu nieubłaganego zyrtecu i pod wieczór pięta już nawet jakoś szczególnie nie bolała.

Piszę o tym wszystkim nie po to, żeby litować się nad swoim losem (skądinąd jak policzę przygody z osami, to czuję się jak ten alergik z obrazka z Garfieldem, na którego kolana pchają się wszystkie okoliczne koty - które zresztą do mnie też z reguły przychodzą), ani nawet po to, żeby rozprawiać filozoficznie o prawdziwości tezy zawartej w wierszu Szymborskiej, ale wbrew pozorom w nawiązaniu do poprzedniego wpisu i zwłaszcza pewnego wątku dyskusji pod nim.

Z przejazdu w obie strony przez Rumunię pamiętam kilka epizodów: jakiś wyjątkowo piękny krajobraz (np. przełomu Dunaju), niekończące się drum in lucru czyli roboty drogowe, miłe zaskoczenie, jakim okazało się przypadkowe miasteczko Lugoj, w którym wypadł nam nocleg. Natomiast nie pamiętam dokładnie żadnej stacji benzynowej, na której szukałyśmy roviniety, za wyjątkiem tej jednej, z której pamiętam nawet kolory ścian w toalecie. Pamiętam dlatego, że przeżyłam tam coś, co wbiło mi się w pamięć, a co więcej, poprzez to "powtórzenie" z następnego roku, zapewne pozostanie w tej pamięci znacznie dłużej i silniej się w niej zapisze.

Tak samo, myślę, bywa z wydarzeniami "wielkimi" - z tego, co je w szerszej perspektywie tworzy, nasza pamięć wybiera jakiś moment, który czymś się wyróżnił, niekoniecznie zaś ten "obiektywnie" najważniejszy. Kiedy odpowiadałam na komentarze do poprzedniego wpisu, przypomniał mi się początek Akt Odessy Fredericka Forsytha - przeczytałam sobie to teraz dokładniej i nawet bardziej mi pasuje do ogólnej idei. Mianowicie jest tam scena, kiedy główny bohater jadąc zachodnioniemiecką autostradą słyszy wiadomość o zamachu na Kennedy'ego. Natychmiast zatrzymuje się na poboczu, a chwilę później widzi, że podobnie robi mnóstwo kierowców. Niektórzy obawiają się, że to wydarzenie może wywołać kolejną wojnę, inni natychmiast zaczynają roztrząsać, czy to sprawka komunistów itd. Z perspektywy niemal półwiecza wiemy już, że zabójstwo JFK miało znacznie mniejszy wpływ na dzieje świata niż wówczas mogło się wydawać. Z perspektywy trzydziestu lat wiemy też, że wybór Polaka na głowę pewnej skądinąd mało sympatycznej ogólnoświatowej organizacji religijnej miał dla świata znacznie donioślejsze znaczenie niż tylko to, co wtedy zapewne było największym zaskoczeniem - czyli przełamanie wieloletniego monopolu Włochów na tym stanowisku.

Wszyscy w ciągu życia jesteśmy świadkami takich czy innych ważnych wydarzeń, ale rzadko jesteśmy w stanie na bieżąco  oceniać ich faktyczne znaczenie. Emocje bardzo pomagają zapamiętywać konkretne sytuacje. Po latach może się okazywać, że nie pamiętamy,  gdzie dokładnie byliśmy, nie mówiąc o tym, w co byliśmy ubrani w chwili, która z późniejszej perspektywy okazała się dziejowa. Z wydarzeń o nieco dłuższym trwaniu, jak chociażby cała seria zdarzeń z roku 1989, możemy najlepiej pamiętać epizod, który oddziałał mocno na nasze emocje albo wyobraźnię symboliczną, a z punktu widzenia "obiektywizmu" historii był stosunkowo mało istotny. Dlatego zapewne tak wielu ludziom w bardzo różnym wieku zapadł w pamięć ten moment, kiedy Tadeusz Mazowiecki zasłabł podczas wygłaszania exposé w Sejmie - podejrzewam, że mocniej niż konkretne sformułowania tego wystąpienia (może za wyjątkiem "grubej kreski", która na dodatek została później tak zmanipulowana i przekłamana, że kompletnie wypadła z kontekstu).

Piszę sobie tak o tym wakacyjnie, bo przyszło mi do głowy, że - zwłaszcza w przypadku epok dawnych - często cały materiał, jakim dysponuje historyk czy archeolog, to właśnie takie fragmenty dotyczące zdarzeń, które dla przypadkowego piszącego były w danym momencie ważne, albo też przedmioty, które coś emocjonalnie dla kogoś znaczyły i dlatego znalazły się w wyposażeniu grobowym - i nie ma w tym żadnego głębszego ideowego zamysłu. Z jednej strony ten brak solidnych źródeł bywa frustrujący, z drugiej zaś czyni zajmowanie się starożytnością fascynującą łamigłówką. A z dyskusji takich jak pod poprzednim wpisem historyk może się nauczyć sporo pokory wobec źródeł, pokazuje ona bowiem na żywo, jak bardzo trudno jest czasami dostrzec prawdziwe intencje zapisującego historię.

A wracając do poplątanego początku tych chaotycznych rozmyślań, to gdybym kiedyś chciała napisać książkę wspomnieniową, być może jakiś kaprys sprawiłby, że opisałabym w niej szczegółowo stację benzynową pod Timisoarą. Nie zaznaczyłabym zapewne, że kolorystyka jej wnętrza odbiegała zasadniczo od innych, które odwiedziłam, toteż gdyby w wyniku jakiegoś zawirowania dziejowego moje memuary stały się ważnym źródłem do kultury materialnej Europy początku XXI wieku, ktoś mógłby wysnuć błędny wniosek o wyglądzie rumuńskich stacji benzynowych. Na koniec pozwolę sobie zacytować wypowiedź pewnego wykładowcy historii starożytnej, skierowaną do apatycznych studentów niedługo po aferze z książką Zyzaka o Wałęsie: Uważacie, że Plutarch to bajki? To może idźcie na seminarium z XX wieku, tam mają porządne źródła.

Szerszeń

środa, 22 lipca 2009
Lunatycznie

Jednym z pierwszych "obrazków", jakie powiesiłam sobie na ścianie we własnym mieszkaniu był plakat - przywieziony wiele lat temu z pierwszego pobytu w Anglii - z Neilem Armstrongiem odbijającym się w osłonie (przyłbicy? jak to nazwać?) hełmu "Buzza" Aldrina. Wymarzyłam sobie ten plakat, szukałam go w różnych miastach Europy i w końcu znalazłam w sklepiku przy muzeum w Greenwich. Za tamtym pierwszym pobytem oczywiście zrobiłam sobie zdjęcie na południku zero, a jakże, ale w późniejszych latach do Greenwich wracałam głównie z powodu antykwariatów, w których jest więcej ciekawych książek niż w sercu Londynu. A Armstrong z Aldrinem przeleżeli się w szafie aż w końcu znalazło się dla nich idealne miejsce między oknami, tak że spoglądają sobie na moje biurko i kolejne komputery psujące się z takim uporem, jakbym miała tam zdjęcie z misji Apollo 13 a nie 11.

Wyprawy na Księżyc, a zwłaszcza ta pierwsza, której okrągłą rocznicę właśnie obchodzimy (dokładnie czterdzieści lat temu astronauci kończyli właśnie spacer po Księżycu i szykowali się do powrotu na Ziemię), miały dla mnie zawsze posmak tego rodzaju romantyzmu, jaki kocham. Zapewne po części dlatego, że wychowana na literaturze science-fiction zawsze marzyłam, żeby polecieć w kosmos. Kiedy moje koleżanki z klasy na lekcjach pt. "kim chciałbym zostać" deklarowały się jako przyszłe aktorki i piosenkarki, ja chciałam najpierw być żeglarzem i podróżnikiem, a potem astronautą, podobnie jak połowa chłopaków z klasy. (Później przyszła kolej na archeologa i przynajmniej ten plan wreszcie po kilku potknięciach realizuję.) Na podwórku - a konkretnie w nieistniejącym już ogródku jordanowskim za blokiem, w którym wówczas mieszkałam - bawilśmy się w "Kosmos 1999" (serial skądinąd upiornie wręcz wtórny wobec Star Treka i do pięt mu nie dorastający, ale co tam, jak się ma te kilka lat) i "Gwiezdne wojny".

Potem przyszło oczarowanie trylogią księżycową Jerzego Żuławskiego - pierwsze rozdziały przeczytałam w jakimś czasopiśmie, ale co to było, nie mam pojęcia, w każdym razie szybko sięgnęłam - dosłownie, bo stała wysoko - po książkę Na srebrnym globie w takim starym wydaniu... Potem niestety poszłam na film Andrzeja Żuławskiego, który był jedynym w mojej kinomańskiej karierze, z którego autentycznie miałam ochotę wyjść, ale nie mogłam, ponieważ cała sala kina Mikro była szczelnie wypełniona widzami. W kategorii najgorszego filmu w moim życiu zajmuje on w każdym razie nadal zaszczytne miejsce w pierwszej trójce razem z Pasją Mela Gibsona i Aleksandrem Olivera Stone'a, zaraz potem plasuje się większość twórczości Kieślowskiego, ale o tym innym razem.

Do dziś zostało mi jedno, mimo iż już dość dawno porzuciłam ambicje zostania astronautą i zadowalam się podróżowaniem w miarę skromnych możliwości po starej Ziemi: gdyby ktoś mi zaproponował lot na Księżyc albo chociażby wycieczkę wahadłowcem, poleciałabym natychmiast, mimo że nie znoszę latać. A lecąc na Księżyc, zapewne miałabym na uszach słuchawki z "Nad pięknym modrym Dunajem" Straussa - tym razem na cześć sceny podróży na Księżyc z filmu, który sprawił, że przez ponad dwie godziny siedziałam z wzrokiem wlepionym w ekran i nie byłoby siły, która mogłaby mnie od niego oderwać.

I właściwie jedna z najsłynniejszych scen tego filmu - kość wyrzucona przez hominida, która zmienia się w prom kosmiczny lecący na orbitę - stanowi streszczenie moich zainteresowań światem, rozpiętych między daleką przeszłością a całkowitą nowoczesnością. Przy całej miłości do różnych wytworów epok pośrednich między starożytnością a nowoczesnością, byłabym w stanie zamknąć je w takim krótkim cięciu, gdybym musiała wybierać. Gdyby istniało powiedzenie "pokaż mi swoje ściany, a powiem ci, kim jesteś", to moje mieszkanie dobitnie by o tym świadczyło. Bardziej tradycyjnie książkami zresztą też, bo Ksenofont sąsiaduje tu z Lemem. Ewidentnie dzieciństwo w pokoju szczelnie wypełnionym książkami fantastycznymi było równie ważne jak wyprawa do Grecji w wieku sześciu lat.

Hale Trajana 2009

wtorek, 19 maja 2009
Uroki voyeryzmu

Nie mam natury etnologa, socjologa czy psychologa społecznego: nie należę do osób namiętnie siedzących przy oknie i obserwujących ulicę, podwórko czy też cokolwiek za tym oknem jest, ale czasem się zdarzy i bywa nawet interesująco. Ostatnio byłam świadkiem następującej sceny:

Osoby dramatu: On #1, On #2, Ona #1, Ona #2. (Proszę nie wyciągać z tej kolejności seksistowskich wniosków.)

Odsłona I: On 1 i On 2  podrywają Oną 1; Ona 1 traktuje to dość obojętnie, ale i nie stroni od lekkiego prowokowania panów, w końcu w nich obu wstępuje nadmiar testosteronu i umizgi do panny zmieniają się w pogróżki i przepychanki (między Onym 1 i Onym 2), w związku z czym Ona 1 odsunęła się nieco, ale nie oddala się. Ona 2 przez cały czas stoi obok, wyglądając jak szara myszka i przyglądając się całej scenie z pewną dozą zainteresowania.

Odsłona II: Panowie przenieśli swoje kłótnie nieco dalej, w końcu On 2 oddalił się, a On 1 powrócił do dam i rozpoczął podryw Onej 1 ze zdwojoną siłą, dochodziło już do niedwuznacznych gestów. Ona 1 pozostawała jak uprzednio dość obojętna (tym razem już nie prowokowała), Ona 2 nadal obserwowała.

Odsłona III: Ona 1 doszła najwyraźniej do wniosku, że jednak nie w smak jej zaloty Onego 1 i oddaliła się. Na to Ona 2 podeszła do Onego 1 i zaczęła zachowywać się bardzo zalotnie, mimo że nic wcześniej nie zdradzało, że jest do tego zdolna. Niestety On 1 całkowicie ją zlekceważył, spoglądając nadal tęsknie za Oną 1. W końcu oddalił się, a na placu boju została jedynie lekko zdezorientowana Ona 2.

Teraz powinna pojawić się kurtyna z nieśmiertelnym cytatem z Boya: W tym największy jest ambaras, żeby dwoje chciało na raz.

Luwr

I jeszcze jeden drobny szczegół: wszyscy bohaterowie byli gołębiami, a scena rozegrała się na gzymsie obok mojej sypialni, na balustradzie balkonu sąsiada oraz na okolicznych parapetach.

piątek, 27 czerwca 2008
Ostraka

Zawsze obiecuję sobie, że będę stronić od pisania o aktualiach politycznych, bo nie mam ochoty się stresować. Ale czasem się nie da. I tak jest właśnie teraz, kiedy panowie "sfałszowana teczka" Kaczyńscy usiłują ile wlezie dokopać byłemu prezydentowi, którego, jak sami utrzymują (ustami tego z braci, który może sobie pozwalać na dowolne wypowiedzi, albowiem jest tylko pomniejszej wagi personą publiczną), trzymali się niegdyś dla zdobycia władzy.

Nie jestem wielbicielką Lecha Wałęsy, nie potrafię na przykład zapomnieć oglądanej z przerażeniem w telewizji sceny, kiedy ówczesny prezydent na oczach wszystkich upokarzał m. in. Jerzego Turowicza - zresztą z poduszczenia braci Kaczyńskich, którzy właśnie zaczynali wyścig po władzę. Ale nie mogę Wałęsie odmówić paru rzeczy, z których najważniejszą jest to, że stanowi całkiem zasłużenie jedną z ikon upadku komunizmu w Europie. I nic mnie nie obchodzi, czy przed 1980 rokiem podpisał jakiś papierek, czy nie. A tym, którzy ciskają mu w oczy idiotyczny skądinąd argument, że gdyby nie nawoływanie do spokoju społecznego, to mielibyśmy ogólnonarodowe powstanie (dodajmy: stłumione krwawo przez ZSRR, kolejne setki kamieni niepotrzebnie rzuconych na szaniec), przypominam, że tak przez nich kochany i hołubiony "prymas Tysiąclecia" był przez długi czas w ogóle przeciwny strajkom i jakimkolwiek wystąpieniom przeciw władzy.

Hienom, rzucającym się teraz na Wałęsę, chciałabym zadedykować - a właściwie przypomnieć - dwie opowieści, które podaję tu w wersji uogólnionej, nie wdając się w ich ocenę historyczną, nie mówiąc już o moim osobistym do nich stosunku - w tym momencie interesuje mnie ich potencjał mityczny.

Opowieść pierwsza - o podpisaniu lojalki
Dawno dawno temu aresztowano pewnego człowieka, który miał grono oddanych współpracowników, a wśród nich takiego, którego ewidentnie upatrzył sobie na następcę i szczególnie go w związku z tym poważał. Niestety, ten właśnie człowiek najbardziej zawiódł swojego mentora, albowiem kiedy wypytywano go o związki z aresztowanym dysydentem, wyparł się wszelkiej z nim znajomości, chcąc w ten sposób ratować swój tyłek. Mentor jednak okazał się wspaniałomyślny i człowiek ten nie tylko nie utracił swojej pozycji, ale w końcu stanął na czele korporacji.
Opowieść druga - o nawróconym ubeku
Dawno dawno temu żył sobie pewien człowiek, który bardzo gorliwie służył państwu okupującemu jego kraj, między innymi prześladując dysydentów. Pewnego dnia jednak uznał, że bardziej odpowiadają mu dysydenci niż przedstawiciele władzy, zmienił więc front i wkrótce stanął na czele rewolucji, ba, poświęcił jej resztę życia, głosząc ją na lewo i prawo i stając się de facto twórcą nowego systemu.
Myślę, że nietrudno zgadnąć, o jakie dwie postacie chodzi. Gdybym podpisała je imionami, cała tak zwana polska prawica zapewne rzuciłaby mi się do oczu, że szargam świętości. Polska prawica bowiem, która na siłę wciska do prawodawstwa konstytucyjnie neutralnego światopoglądowo państwa wartości religijne, zapomina uparcie o jednym z podstawowych przykazań głoszonej przez siebie wrzaskliwie religii: miłosierdziu i wybaczaniu win.

A mnie się marzy wprowadzenie w Polsce instytucji ateńskiej demokracji okresu klasycznego: ostracyzmu. Niesłusznie jest on zwany sądem skorupkowym, albowiem procedura ta nie była rodzaju sądowego: nie chodziło o oskarżanie czy udowadnianie komukolwiek winy. Po prostu Ateńczycy mogli w głosowaniu postanowić, kogo przez najbliższe dziesięć lat (z możliwością odwołania w razie potrzeby) nie chcą oglądać w swojej polis. Człowiek taki nie tracił zasadniczo ani obywatelstwa, ani majątku, natomiast w sposób oczywisty - skoro przebywał na wygnaniu - nie mógł się ubiegać o urzędy w ramach demokracji. Celem tej instytucji prawnej było zapobieganie sięganiu po władzę przez jednostki o zapędach tyrańskich bądź oligarchicznych (w sensie przedstawionym w notce parę miesięcy temu). Oczywiście, nie raz wyganiano w ten sposób jednostki wybitne, o przypadku niejakiego Arystydesa też już pisałam. Ale marzy mi się, że siedzę z rylcem nad kawałkiem skorupy (medium zresztą nieważne, liczy się message) i wypisuję na nim... właśnie, miałabym chyba problem, na kogo najpierw się zdecydować. Myślę jednak, że brat prezydenta i ojciec dyrektor to pewni kandydaci na pierwsze dwa lata funkcjonowania ostracyzmu.


Ateny, ostraka
środa, 16 kwietnia 2008
Powiedz mi, co czytasz?

Na gazetowym portalu znów artykuł, który choć sam z siebie niezbyt mądry, daje do myślenia. No bo rzeczywiście, abstrahując od uproszczonych tez tego przedruku z amerykańskiej gazety, ciekawym problemem jest, na ile nasze gusta kształtują nasze wybory towarzyskie: nieważne, czy chodzi o partnera na życie (o czym jest artykuł), czy po prostu bliższych lub dalszych przyjaciół.

Jednym z wątków poruszonych w dyskusji pod tym artykułem jest (bez)sensowność sentencji de gustibus non est disputandum (skądinąd szukam i szukam, a nie mogę znaleźć, kiedy ona powstała). Podstawowym błędem, jaki popełniają dyskutanci twierdzący, że jest to maksyma szkodliwa i bezsensowna, jest założenie, iż zakazuje ona dyskusji o tym, co się podoba, a co nie. Wydaje mi się, że chodzi tu przede wszystkim o to, że gust w ostatecznej instancji pozostaje naszą prywatną sprawą, ale może również chodzić o to, że nie wypada krytykować, zwłaszcza publicznie, cudzych upodobań. Niemniej przede wszystkim teza ta dotyczy chyba znów nieuchwytności sądów o tym, co się podoba, a co nie. W rozszerzonej wersji sentencja ta zawiera zreszta słowa et coloribus, a jak wiadomo postrzeganie kolorów, a zwłaszcza nazywanie ich odcieni, jest jedną z najbardziej subiektywnych kwestii.

To wszystko nie znaczy jednak, że nie wolno czy nie należy rozprawiać o tym, co nam się podoba albo nie. Do mnie osobiście najbardziej przemawia stwierdzenie słynnego historyka sztuki Ernsta Gombricha, którego Story of Art zachwyciłam się w dzieciństwie, a potem, przy okazji pobytu w Londynie, miałam szczęście trafić na jedno z jego ostatnich publicznych spotkań - z okazji kolejnego wznowienia tego dzieła. Gombrich mianowicie wyraził się we wstępie do tej książki mniej więcej tak, że jeśli cokolwiek nam się podoba, to dobrze, natomiast jeśli coś się nie podoba, to warto się temu przyjrzeć bliżej, bo może okazać się, że coś tracimy.

Niewątpliwie warto jest dyskutować z ludźmi o odmiennych gustach, bo często dzięki takim rozmowom poznajemy rzeczy, których dotychczas nie docenialiśmy ze względu na ich nieznajomość, brak orientacji, uprzedzenia. Wiem coś o tym, bo wychowana niemal wyłącznie na muzyce klasycznej nie wiedziałam przez długie lata, że dobry rock to nie to, co pod tą nazwą serwują komercyjne stacje. Wiem coś o tym również dlatego, że kiedyś sama pokazałam zawziętemu wielbicielowi nowoczesności (nie sięgającemu w przeszłość poza surrealizm i dadaizm) na czym polega piękno antycznej sztuki. Wreszcie wiem coś o tym, ponieważ mam przyjaciół, z którymi można na takie tematy ciekawie dyskutować i wymieniać się doświadczeniami kulturalnymi, wzbogacając wciąż gamę swoich zainteresowań. A wcale nierzadko zaczyna się od nastawienia "okej, mogę się z tym zapoznać, ale raczej tego nie polubię".

A mimo to czytając ten artykuł i dyskusję mu towarzyszącą, czułam instynktownie, że istnieje gdzieś granica tej akceptacji cudzych gustów w naszym otoczeniu. A może raczej istnieje jakiś typ wyborów estetycznych, którego nie sposób zaakceptować (pomijam tu oczywiście przypadki całkowitych kulturalnych abnegatów). Wyobraziłam sobie mianowicie próbę nawiązania kontaktu z osobą, która czyta wyłącznie książki Paolo Coelho i zachwyca się ich metafizyczną głębią. I równocześnie uświadomiłam sobie, że jest jeszcze drugi biegun tego spektrum: ludzie, którzy z kolei czytają jedynie rzeczy dziwaczne, pokrętne, niezrozumiałe i literacko może wybitne, ale mało komu sprawiające autentyczną przyjemność estetyczną, albo też bezrefleksyjnie wygłaszają peany na cześć kolejnych laureatów Nobla czy też innych prestiżowych nagród. Istnieje bowiem czynnik łączący te dwa bieguny: medialny szum wokół takich zjawisk. Nagłaśnianie ich pozornej wartości, pokazywanie takiemu czy innemu targetowi, co powinien przeczytać i o czym dyskutować, żeby być trendy w środowisku, do którego aspiruje.

Uświadomiłam sobie jeszcze jedno: że byłabym zapewne w stanie zaprzyjaźnić się z osobą, która powiedziałaby mi, że czyta Coelho, bo lubi proste, wzruszające historyjki pełne łatwych do zapamiętania maksymam życiowych. Albo też z kimś, kto rzeczywiście zachwyca się wyłącznie mistrzostwem formy literackiej - niezależnie od tego, czy ma do czynienia z poematem aleksandryjskim, czy też ultranowoczesnym eksperymentem formalnym. Mogłabym dogadać się z takimi osobami, gdybym czuła, że ich uczucia wobec czytanych książek są autentyczne i zaprawione jakimś rodzajem dystansu do samego siebie i swoich wyborów. Nie chodzi mi tu nawet o dystans ironiczny, ale raczej o świadomość pewnych wyborów, a nie bezmyślny owczy pęd za tym, co podsuwają media, niezależnie od ich autoramentu.

Nie znaczy to, oczywiście, że w wyborach lekturowych nie należy kierować się jakimiś podpowiedziami - w końcu skądś musimy wiedzieć o nowościach, które potencjalnie mogą nas zainteresować. Chodzi raczej o odwagę przyznania, że coś, na co wydaliśmy w księgarni niebagatelną sumę, ponieważ do kupna zachęcił nas krytyk, do którego mamy zaufanie, wynik popularności na liście bestsellerów bądź rekomendacja sklepu wysyłkowego, w którym często robimy zakupy - nie spodobało nam się. Nasz gust rozminął się tym razem z gustem krytyka, spowodowane dobrze przeprowadzoną akcją promocyjną wyniki sprzedaży nie przełożyły się na jakość, komputer wyszukujący produkty podobne do tego, co dotychczas kupiliśmy, podrzucił nam tym razem gniota.

A zatem nie tytułowe "powiedz mi, co czytasz, a powiem ci kim jesteś", ale "powiedz, jak czytasz" - i analogicznie, jak odbierasz sztukę, muzykę, film: całą kulturę.

Osobiście kocham np. fantastykę w literaturze i horror w kinie. I owszem, cenię u znajomych możliwość pogadania o tych gatunkach, ale nie uważam jej za warunek sine qua non przyjaźni czy nawet ciekawej rozmowy. Nie wytrzymuję tylko jednego: zbywania moich gustów pełnym wyższości stwierdzeniem, że czytam i oglądam chłam, przez osoby, które dla świata czytają Prousta i Nietzschego, a pokątnie (to ważne, bo gdyby robili to otwarcie, to ok) oglądają Klan.

Filozof, rzeźba hellenistyczna, British Museum

PS. Przypomniała mi się porażka w próbie nawiązania kontaktu z osobą o całkowicie odmiennych gustach. Kilka lat temu byłam w szpitalu na dwuosobowej sali z dziewczyną, która bardzo chciała sobie porozmawiać. Niestety jej pytania do mnie kierowane ograniczały się do następujących: "Lubisz Klan?" "Lubisz Na dobre i na złe?" "Lubisz Złotopolskich?" i jeszcze o chyba dwie wenezuelskie telenowele. Nawet nie "oglądasz?", ale od razu "lubisz?". Niestety na wszystkie te pytania odpowiadałam, że nie oglądam, na co w końcu usłyszałam "to ty chyba w ogóle nie lubisz filmów". No i co mogłam na takie dictum? Wymienić jej te wszystkie Archiwa X, Twin Peaks i 24 godziny? Nie wiem, czy zdołałabym ją przekonać, że kocham nie tylko filmy, ale i seriale telewizyjne.

środa, 02 kwietnia 2008
Maluj mnie dobrze

Jest taka anegdota o pewnym krakowskim malarzu z poprzedniego przełomu wieków nazwiskiem Jan Styka. Właściwie anegdot o nim jest wiele, prześmiewczych wierszyków takoż, ale chciałabym przytoczyć jedną. Otóż Styka, który specjalizował się w malarstwie monumentalnym jakby żywcem wyjętym z XIX w. i historyzmu, szczególnie ukochał sceny religijne lub okołoreligijne, przy których Pochodnie Nerona Siemiradzkiego to skromny pod każdym względem obrazek, nie mówiąc już o tym, że arcydzieło. A pewnego razu, kiedy Styka postanowił zamalować ogromne płótno wizerunkiem Matki Boskiej, ta pojawiła mu się i powiedziała "ty mnie nie maluj na kolanach, ty mnie maluj dobrze".

Zgodnie z tą maksymą chciałabym zamącić nieco w narodowym dobrym samopoczuciu i sprzeciwić się zalewającemu nas od kilku dni - z dzisiejszym apogeum - kiczowi, królującemu również w ckliwie sentymentalnych wpisach na blogach, że już nie wspomnę o zaprezentowanym niedawno na portalu gazeta.pl projekcie centrum papieskiego w Łagiewnikach, który jest po prostu okropny: wtórny, monumentalny i nijaki. Przepraszam za porównanie, ale powtórzę coś, co pisałam z okazji obchodów średnio okrągłej rocznicy lokacji Krakowa: to miasto zasługuje na coś więcej niż Rubika. A wzmiankowany projekt jest pod względem estetyki architektonicznym odpowiednikiem Rubika. Potężną dawką monumentalnego kiczu. Nijak nie pasującą do jednego z najpiękniejszych miast Europy. Nie pasującą nawet do całkiem ładnego projektu kościoła w rzeczonych Łagiewnikach.

Na dodatek mam swoje powody, żeby uważać, że "polskiemu papieżowi" monumentalizm wszelkiej maści dzieł pomnikowych by się nie podobał. Nie wiem dlaczego wybrano nawiązanie do rzymsko-krakowskiego klasycyzmu (streszczając to, co na ten temat mieli do powiedzenia architekt i jury konkursu); wydaje mi się, że zwłaszcza na zwróconym ku Tatrom południu Krakowa bardziej na miejscu byłaby nowoczesna bryła z przewagą szkła nawiązująca w jakiś sposób do górskiego krajobrazu, tak bardzo bliskiego sercu człowieka, którego pamięci to wszystko ma być poświęcone.

Niestety, nikt nie pomyślał o żadnym z obdarowywanych: ani człowieku, którego imię to paskudztwo będzie nosić, ani starym Krakowie i jego mieszkańcach. Ważne, że będzie wielkie i patetyczne. Jak Licheń i jak Rubik. Będzie pomnikiem hojności i przywiązania (kolejność nieprzypadkowa) narodu. Wielkim znakiem, że pamiętamy i pamiętać będziemy. Tak wielkim, że właściwie załatwi całą sprawę pamiętania, stanie się wręcz jego streszczeniem - co z tego, że niezbyt wiernym oryginałowi.

W związku z tym dedykuję patetycznie rozhisteryzowanym rodakom parafrazę słów z anegdoty o Styce: "wy go nie wspominajcie na kolanach, wy go wspominajcie mądrze".

Kraków, bazylika mariacka

PS. Planowałam umieścić tu inne zdjęcie, ale jest ono z czasów analogowych i nie mogę znaleźć odbitki... więc w ramach prowizorki kawałek pięknego Krakowa.

piątek, 19 października 2007
Przyzwyczajenie drugą naturą!

Ponieważ Polacy bardzo lubią za coś umierać (do którego to tematu zamierzam w najbliższym czasie wrócić na nieco bardziej poważnie), to po Nicei przyszła kolej na... no właśnie. Wedle prasy Joaninę, ewentualnie Joanninę. Jest to niewątpliwie arcypoprawna (zwłaszcza to drugie) transkrypcja nazwy współczesnej stolicy Epiru (Ιωαννινα), problem tylko w tym, że niegdyś w polszczyźnie przyjęła się wersja Janina, będąca czymś w rodzaju tłumaczenia nazwy greckiej (Ιωαννης to oczywiście Jan). Ktokolwiek czytał Hrabiego Monte Christo w polskim przekładzie, wie, o co chodzi: Ali Pasza, Haydee, Janina...

W sumie nie dziwi mnie, że chcący umierać za Janinę politycy nie znają klasyki literackiej, bo przecież na sztandarach mają wypisaną walkę z wykształciuchami. Ale mediom, które są głosem tych wykształciuchów, trochę nie wypada.

Gorzej, że nie jest to jedyny przypadek lekceważenia utartych tłumaczeń czy wersji językowych. Jakiś czas temu, kiedy na ekrany wchodził film, który po angielsku miał tytuł The Cider House Rules wg książki bardzo w Polsce popularnego (choć dalibóg nie wiem, za co) Johna Irvinga pod tym samym tytułem, film został nazwany Wbrew regułom, mimo że powieść była wcześniej znana jako Regulamin tłoczni win.

Ale taki sobie film wedle takiej sobie książki to w sumie mało ważny, choć irytujący epizod, popełniony zapewne przez jakiegoś takiego sobie tłumacza. Jeszcze gorzej, gdy coś takiego - i to raczej nie nieświadomie - robi uznany autorytet. A coś takiego popełnił Stanisław Barańczak.

Przełożył on był bowiem słynną Odę do słowika Johna Keatsa, tę, z której pochodzi słynna fraza "tender is the night" - błyskotliwie przełożona kiedyś na polski jako "czuła jest noc" - tak właśnie, jak w tytule powieści Francisa Scotta Fitzgeralda. Ten tytuł powieści zadomowił się w polszczyźnie dzięki pięknemu rytmowi frazy i doborowi słów, tymczasem Barańczak z pełną dezynwolturą zrobił z tego w przekładzie wiersza "noc czuła i cicha" - i diabli wzięli rozszyfrowanie cytatu u Fitzgeralda przez czytelników nowego przekładu Keatsa. Na dodatek to "cicha" w żaden sposób nie tłumaczy się tekstem oryginału i moim skromnym zdaniem tłumacz-poeta powinien był stanąć na głowie, żeby wymyślić, jak tę zadomowioną frazę wpleść w swój przekład. A redaktor nie powinien był puścić takiej fuszerki. Ale redaktor zapewne nie śmiał polemizować z wizją Mistrza. Tak to bowiem w Polsce bywa.

A w anglojęzycznych książkach jest piękny zwyczaj składać podziękowania wszystkim, którzy pomogli nadać tekstowi i książce ostateczny kształt - w dużej mierze redaktorom. To im bowiem często zawdzięczamy lepsze niż wymyślił autor tytuły, podziały na tomy, a czasem nawet zakończenia powieści. I po prawdzie nie widzę w tym nic zdrożnego ani uwłaczającego godności pisarza. Wręcz przeciwnie - samemu nie da się ocenić własnego tekstu. A jak rzadko trafia się w Polsce na redaktora, który ma konstruktywne podejście do swojej pracy, wiem z doświadczenia tłumacza. Co gorsza trafiają się tacy, któych zaangażowanie przechodzi w radosną twórczość, po której autor (ani tłumacz) nie poznałby swojego dzieła. Ale to zupełnie inna historia.

Tłumaczom, pisarzom i redaktorom dedykuję zaś taki kawałek:

Mąż mądry i roztropny wytyka wiersz marny,
Gani szorstki, dopisze niezgrabnemu czarny
Znak odwróconą trzciną, mdłe ozdoby wytnie,
Na niejasny snop światła skieruje zaszczytnie,
Wykaże dwuznaczności, co zmienić, zaznaczy.
Stanie się Arystarchem. On nie powie: "A czy
Dla bzdur mam stracić druha?" Bo przez taką bzdurę
Płyną na wieszcza z drwiną następstwa ponure.

Quintus Horatius Flaccus, Ars poetica 445-452
przekład: Jan Sękowski

Sofokles, Biblioteka Narodowa w Paryżu

PS 1. Wspomniany w wierszu Arystarch był aleksandryjskim gramatykiem i krytykiem w II w. p.n.e., pierwszym "wydawcą" dzieł Homera.

PS 2. Dla zainteresowanych to samo w oryginale:

Vir bonus et prudens versus reprehendet inertis,
culpabit duros, incomptis adlinet atrum
transvorso calamo signum, ambitiosa recidet
ornamenta, parum claris lucem dare coget,
arguet ambigue dictum, mutanda notabit,
fiet Aristarchus, nec dicet: «Cur ego amicum
offendam in nugis?» Hae nugae seria ducent
in mala derisum semel exceptumque sinistre.

poniedziałek, 15 października 2007
Retoryka sensacji - przyczynek
Pierwsza strona portalu gazeta.pl przywitała mnie dziś po powrocie do domu alarmującym nagłówkiem: "Grecy demontują Akropol" i linkiem do pliku wideo. Kliknęłam i oczom moim ukazały się dalsze informacje, które na szczęście wyjaśniały, o co chodzi: "Grecy zabierają rzeźby z Akropolu (Reuters).Grecy postanowili zabrać najcenniejsze rzeźby stojące na terenie słynnych ruin. Posągi zostaną postawione w muzeum."

Uff, odetchnęłam z ulgą, zanim jeszcze włączyłam filmik. To tylko zapowiadana już od dość dawna przeprowadzka zbiorów muzeum Akropolu do nowej, imponującej siedziby, w której znajdą się również przedmioty wykopane podczas jej budowy - bardzo zresztą piękne, o czym miałam okazję się przekonać zwiedzając w zimie tymczasową ekspozycję.

Pracowałam przez jakiś czas w mediach, a także czytałam nieco o retoryce, więc wiem, że najważniejsze jest zainteresowanie odbiorcy i pierwsze wrażenie - ale zawsze irytuje mnie kompletna ignorancja osób układających newsy. Albowiem w opisywanym przypadku 1) nie chodzi o jakiekolwiek rzeźby stojące na terenie ruin, albowiem te - w tym te najsłynniejsze: kariatydy z Erechtejonu - już dawno wstawiono do muzealnych gablot, zgodnie zresztą ze światowym trendem zabezpieczania kamiennych rzeźb przed erozją; 2) przeniesiona zostanie, o ile wiem, cała ekspozycja, która dotychczas znajdowała się w maleńkim muzeum na tyłach Partenonu.

Poza tym takie przypadki zawsze wzbudzają we mnie paranoiczną nieufność: skoro przyłapałam jakiegoś dziennikarzynę na (mającej brzmieć sensacyjnie) nieścisłości z dziedziny, którą sie fascynuję i w związku z tym coś tam o niej wiem, to jak mam ufać innym newsom? Tak nawiasem mówiąc jakkolwiek lubiłam i lubię dziennikarstwo jako zajęcie, tak jednym z najlepiej zapamiętanych epizodów z pracy w radiu był ten, kiedy koleżanka wydała okrzyk tryumfu, gdy wreszcie udało jej się zmontować (a raczej zmanipulować) nagrany materiał tak, żeby rezultat zgadzał się z założoną przez nią dla tego dźwięku tezą. A że nagrania pochodziły z sondy ulicznej i na dodatek dotyczyły spraw mało istotnych, żadnej tam wielkiej polityki i sondaży przedwyborczych, mała była szansa, że ktoś tę manipulację zauważy, a co dopiero sprostuje...

Akropol - widok z Pnyksu
 
1 , 2
Zakładki:
...
Blogi (i foto) moje
Blogroll
Miejsca w necie
Ulubione - artystycznie
Ulubione - filmowo
Ulubione - literacko
Ulubione - muzycznie
Ulubione - naukowo
Ulubione - przyrodniczo
Ulubione - zabawnie
Z tego bloga czyli moje ulubione lub najpopularniejsze notki
Tagi
       

       Copyright