piątek, 31 marca 2017
Zaangażowanie i aktywizm

Dwa tygodnie temu pisząc o lex Szyszko pozwoliłam sobie stwierdzić ze smutkiem, że jakoś nie widzę aktywności zielonych aktywistów przeciwko tej ustawie i jej skutkom. Bo nie widzę. Spotkało się to między innymi z dość drapieżną reakcją jednego z komentatorów (nick Redezi), który napisał tak: "Nie obwiniaj aktywistów za słabość mediów, zwłaszcza, że sama niechętnie się angażujesz za to chętnie stawiasz wymagania."

Na pierwszą część tego zdania odpowiedziałam w komentarzach, na drugą trochę też, ale po dłuższym namyśle uznałam, że jakkolwiek nie lubię pisać o sprawach osobistych, tak oskarżenie tam zawarte wymaga nieco dłuższego komentarza. Zwłaszcza że właśnie zaangażowałam się, na tyle, na ile pozwala mi czas, w rzecz istotną dla dzielnicy, w której mieszkam. Mniejsza o to, jaką, to sprawa na tyle lokalna, że nie będę nią zawracać głowy.

Otóż, drogi Redezi, który zdajesz się tak znakomicie mnie znać, choć nie wiem, skąd, zaangażowanie to konkretne działania. Tak to rozumiem i kiedy uważam, że coś wymaga mojego zaangażowania, angażuję się na tyle, na ile czas mi pozwala. (Do tego, dlaczego chwilowo pozwala w małym stopniu, wrócę, bo to się łączy z głównym tematem.) Aktywiści natomiast, skoro mienią się aktywistami, powinni być aktywni. To wynika z samej definicji słowa "aktywista". To ktoś, kto działa - zawodowo lub społecznie, ale zajmuje się właśnie działalnością na rzecz czegoś konkretnego. I jeśli w konkretnej kryzysowej sytuacji nie widzę aktywności aktywistów, to znaczy, że są to cztery litery, a nie aktywiści. I z przykrością muszę skonstatować, że najwyraźniej prawdziwy aktywizm jest gdzie indziej - np. w Ordo Iuris. Może "nasza strona" powinna przyjrzeć się ich aktywności, ich niezmordowanej wręcz aktywności, i wyciągnąć z tego lekcję.

Jak już powiedziałam, Redezi wypowiada się tak, jakby doskonale znał mnie od wielu lat. Gdyby tak było, to wiedziałby, że w swoim czasie - tym, w którym człowiek najchętniej bywa aktywistą - angażowałam się bardzo mocno. Zbierałam podpisy, wysłuchiwałam komentarzy o żydokomunie, rozwieszałam plakaty, roznosiłam ulotki wyborcze, organizowałam spotkania z politykami i ludźmi kultury, redagowałam biuletyny, siedziałam w komisji wyborczej jako mąż (czy też żona) zaufania. Właśnie jako mąż zaufania, a nie opłacany członek komisji. Było to w zamierzchłych czasach świętej pamięci Unii Demokratycznej/Unii Wolności, kiedy w polityce byli jeszcze ludzie, których naprawdę ceniłam. Robiłam to wszystko w czasach, kiedy nie łączyło się to z żadnymi szansami na karierę w partii, kiedy była to robota czysto społeczna.

Przez zaangażowanie rozumiem również udział w wyborach. Póki te wybory są demokratyczne, uważam, że udział w nich jest obywatelskim obowiązkiem. Gdyby stały się znów niedemokratyczne, rozważałabym dwie opcje ich bojkotu: absencję i oddanie głosu nieważnego. Ale póki mają szanse o czymś zdecydować, bezwzględnie sądzę, że należy głosować - nawet jeśli już nie ma polityków ani partii, które naprawdę się szanowało. W absolutnej ostateczności należy głosować po prostu przeciw. Przeciw temu, czego naprawdę się nie chce, jeśli nie da się głosować za tym, czego się chce.

Przez zaangażowanie rozumiem także wykonywanie swojej pracy. I tu dochodzę do tego, o czym już wspomniałam: że mam ograniczony czas na aktywność społeczno-polityczną. Jest tak paradoksalnie z tego powodu, że od jakiegoś czasu nie mam stałego zatrudnienia, a drugie studia doktoranckie właśnie skończyłam i lada moment będę ten drugi doktorat bronić. Mimo to nie mam zatrudnienia i w związku z tym nie mam stałych dochodów. W tym roku nie mam ich całkowicie, bo do zeszłego miałam przynajmniej ten marny kadłubek stypendium, który mi jeszcze przysługiwał. Żeby było jasne: mój miesięczny dochód wynosi obecnie 0,00 zł. Do tego dochodzi kilkuletni brak składek na fundusz emerytalny, a także niemożność zrobienia habilitacji, co otworzyłoby mi drogę np. do ubiegania się o stanowiska profesora nadzwyczajnego na uczelniach.

Mimo to staram się robić to, co powinnam robić jako osoba, która wprawdzie z perturbacjami wynikającymi z niewłaściwych wyborów życiowych, ale jednak całe dotychczasowe dorosłe życie poświęciła nauce: usiłuję uprawiać tę właśnie naukę. Niestety, jak się okazało, z moim życiorysem nie powinnam tego robić, w każdym razie w Polsce. Robię drugi doktorat, a nie pierwszy, więc gremia zajmujące się finansowaniem nauki odmówiły mi statusu post-doca, co drastycznie zmniejszyło moje możliwości ubiegania się o zatrudnienie i granty.

W tej konkretnej sprawie, pomocy w usiłowaniu uzyskania statusu przysługującego mi po ukończeniu studiów doktoranckich, po zmianie ścieżki kariery naukowej, po kilkuletniej przerwie w publikowaniu, zwracałam się do organizacji, która uważa się za aktywistów naukowych i wydaje się wręcz powołana do występowania i aktywności w takich przypadkach - do Obywateli Nauki. Od których raz za czas dostaję na maila biuletyny o działalności. Okazało się jednak, że ON nie są zainteresowani realną pomocą dla obywatelki nauki, którą pozbawiono praw obywatelskich. Odpowiedzi, jakie dostawałam, były najoględniej mówiąc, zbywające, co przekonało mnie, że aktywizm jest dla aktywistów i ich dobrego samopoczucia, a nie dla zwykłego obywatela. A prosiłam głównie o pomoc o charakterze prawnym lub nagłośnienie tego konkretnego przypadku, który tak naprawdę wymyka się regulacjom w odpowiednich ustawach, a przez gremia decyzyjne został potraktowany na moją niekorzyść, bo tak było najłatwiej.

Otóż, drogi Redezi, który tak znakomicie mnie znasz, pozwól, że zwrócę Twoją uwagę na to, że jeśli usiłuje się przebić na rynku naukowym nie mając żadnego instytucjonalno-finansowego wsparcia, jeśli musi się z własnej kieszeni finansować kwerendy i udział w konferencjach, to musi się jeszcze zarabiać. W najbardziej kryzysowych sytuacjach wspomagała mnie rodzina, ale przede wszystkim odkąd zdecydowałam się na zmianę życia, nowe studia, nową karierę, zarabiam na nią na tzw. śmieciówkach, tłumacząc książki. A kiedy to robię, to nie mam czasu na pisanie artykułów naukowych, w rezultacie więc czas dzielę między pracę zarobkową i pracę naukową finansowaną przez tę pierwszą. Cierpi na tym jedno i drugie, ale kolejny rok zaciskam zęby i idę dalej.

Bo widzisz, to również uważam za zaangażowanie. Na dodatek wyjątkowo wymagające, trudne i frustrujące.


Save

Save

piątek, 17 czerwca 2016
Ninedin i Drakaina piszą powieść

Tak, wiem, te kilka osób, które jeszcze czytają ten blog pewnie powie, że mogłabym jakąś notkę napisać (wiecie, ile jest w szkicach?), a nie reklamować nowy projekt. Ale to nie jest tym razem tylko mój projekt, więc jest szansa, że nie zdechnie. Wraz z N(inedin) piszemy powieść. Wymyśliłyśmy ją już ponad półtora roku temu i do niedawna miałyśmy mnóstwo pomysłów fabularnych, dwa niewykończone opowiadania wprowadzające świat i bohaterów i kolejne mnóstwo pomysłów na ewentualny dalszy rozwój akcji. Ale ostatnio pojechałyśmy na długi weekend na Słowację (to miało być takie miejsce, gdzie nie będzie nas rozpraszać zwiedzanie, co najwyżej wyjedziemy kolejką na Łomnicą - co akurat nie wyszło, bo 50 euro w złą pogodę to lekka przesada, więc oczywiście znalazłyśmy w okolicy jakieś pałace do obejrzenia) - i napisałyśmy spory kawałek.

W związku z tym, ponieważ reklama jest dźwignią handlu, a my chciałybyśmy kiedyś (niedługo!) tę powieść wydać, postanowiłyśmy ją zacząć reklamować już. I w tym celu powstała strona, gdzie będziemy umieszczać materiały reklamopodobne. A ponieważ N jest blogerką odpowiedzialną i regularną, istnieje spora szansa, że coś tam będzie wpadać często i gęsto, bo nie dość, że będzie pisać sama, to jeszcze i mnie upilnuje.

A ja, żeby utrzymać pozory życia tego zombibloga, wrzucam tu zajawkę.

1807 projekt literacki

Projekt literacki 1807

 

 

niedziela, 22 lutego 2015
Autoreklama

Dałam się skusić portalowi historia.org.pl na założenie tam bloga o tematyce okołohistorycznej. Z kilku powodów - po pierwsze w blogowaniu najbardziej lubię zakładanie nowych blogów (okej, to taka mała autozłośliwość oparta na doświadczeniu i uwagach znajomych), po drugie, już bardziej poważnie, uznałam, że warto tam wprowadzać wraz z nielicznymi innymi blogerami tematykę inną niż historia najnowsza lub w najlepszym razie dwudziestowieczna. Po trzecie uznałam, że można poeksperymentować na odmianę z blogosferą tematyczną, bo robienie niszowych blogów w ogólnej średnio chyba wypala.

W każdym razie dałam się skusić i zrobić crossover między istniejącymi już blogami, których formuła okazała się nieco zbyt wąska (co nie znaczy, że zamierzam je całkiem ubić - raczej zmodyfikować, w końcu może się okazać, że są jeszcze do czegoś przydatne, a internet jest pojemny i nie zdechnie od ich obecności). Czyli trochę historii, więcej sztuki i kultury.

A że ostatnio z N odnowiłyśmy znajomość z musicalowym Phantom of the Opera, a zwłaszcza z filmem Joela Schumachera z 2004 roku, napisała mi się notka o szczegółach tego filmu, którą równie dobrze mogłabym była opublikować tu, w związku z czym pozwalam ją sobie tu podlinkować i zareklamować:

Kod Upiora w Operze

Kostium

czwartek, 03 kwietnia 2014
Drakaina ogląda obrazki

Już jakiś czas temu zauważyłam, że bardzo często w rozmowach o sztuce z rodziną i znajomymi powtarza się podobny schemat: mówimy o jakimś dziele, a konkretnie czymś, co powszechnie uważane jest za arcydzieło, a ja czuję (i czasem mówię), że to wszystko prawda, ale do mnie to dzieło nie trafia. Nawet nie "nie zachwyca", bo pod wieloma względami nawet i zachwyca: kompozycją, mistrzostwem techniki, pomysłowością, kolorami, czy po prostu trudnym do ujęcia w słowa pięknem. Ale to rozgrywa się na poziomie, powiedzmy, racjonalnym. Moje doświadczenie ze sztuką i jakaś tam jej znajomość podpowiadają mi, że to jest dobre, nawet wybitne. Najmniej ważne jest tu powszechne uznanie za arcydzieło, ważniejsza rzeczywiście obiektywna ocena. Świetnie namalowane, pełne ekspresji, nowatorskie, znakomite. I tyle. Mogę to wszystko stwierdzić i z doskonałą obojętnością pójść dalej.

Tak miałam na przykład z dwoma arcydziełami zdobionej architektury, że się tak wyrażę. Z Kaplicą Sykstyńską i Sainte Chapelle w Paryżu (zdjęcie w poprzedniej notce). Tę drugą podsumowałam na fejsbuku "weszłam, ładne, wyszłam". Trochę to było prowokacyjne, oczywiście, bo to rzecz jasna jest dużo powyżej ładnego, to jest bardzo piękne. Ale nie wywołało we mnie potrzeby spędzenia tam więcej czasu, kontemplacji, zastanawiania się nad symboliką i znaczeniami (uprzedzając argument strony przeciwnej: to nie jest tylko tak, że symbolika religijna mnie nie rusza i mało interesuje, to jest również tak, że tego jest tam za dużo, pod tym względem po prostu mnie przytłacza), a nawet nad grą kolorów. Podziwiam kunszt witrażystów, którzy w epoce, kiedy większość katedr na jakimś etapie budowy waliło się lub groziło zawaleniem z powodu niewłaściwych rozwiązań konstrukcyjnych, byli w stanie stworzyć wysokie na kilka metrów okna z witrażami. Jakoś z gotyckich witraży zawsze estetycznie najbardziej podobają mi się abstrakcyjne rozety, ale to też nieistotne. Cieszę się, że to zobaczyłam, jeśli znów trafię tak, że nie będzie kolejki a ja będę miała zbiorowy bilet na wiele zabytków, no i kiedy skończy się całkowicie remont, może nawet pójdę tam jeszcze raz. Ale jeśli nie zrobię tego przez najbliższe dziesięć lat, nie będę płakać.

Do Sykstyny szybko natomiast na pewno nie pójdę, ale temu winna jest po części koszmarna organizacja Muzeów Watykańskich (pisałam już o tym), sprawiająca, że aby tam dotrzeć, trzeba stracić ponad pół godziny na przejście absolutnie nieciekawych sal m.in. z prezentami dla papieży, a po części przesadna sława samej kaplicy (tłum i ścisk) oraz katarynka powtarzająca, że należy być cicho, nie wolno fotografować i coś tam jeszcze. To nie jest atmosfera do oglądania sztuki, a Michał Anioł do tego stopnia nie jest moim ulubionym artystą, że obejrzenie jego arcydzieła dwa razy (w dzieciństwie i niedawno) powinno mi wystarczyć. Wiem, jakie to jest duże, wiem mniej więcej jaką ma perspektywę (choć zapoznanie się z tym akurat tłum utrudnia), wiem, że lubię tam raczej szczegóły niż całość, a te mogę równie dobrze oglądać na dobrych reprodukcjach.

W szerszej perspektywie podobnie mam po pierwsze ze sztuką bizantyjską i pochodnymi. Bardzo mi się podobają chociażby mozaiki w Rawennie (tu akurat najbardziej lubię stylistycznie rzymskie Mauzoleum Galii Placydii, ale zaraz po nich te portrety Teodory i Justyniana z dużych tesser), podoba mi się czysto estetycznie mnóstwo ikon, w tym Rublow, ale znowu - nie mam potrzeby się w to wszystko zagłębiać poza sferę estetyki. Po drugie mam tak z impresjonizmem, gdzie z kolei najbardziej lubię te obrazy, które są całkowicie dekoracyjne, jak kolejne odsłony nenufarów Moneta. Lubię je mniej więcej tak samo jak secesyjne cuda Muchy czy Klimta, choć niektóre rzeczy tego ostatniego i tak intrygują mnie najbardziej z wszystkiego tego, co lubię głównie estetycznie, bo jednak czasem jego interpretacje postaci mitologicznych są niebanalne.

Bywa też de facto na odwrót: dzieła, które teoretycznie nigdy mnie nie porywały samym "wyglądem", zaczęły mnie niezwykle fascynować, bo mają mi coś do powiedzenia, ba, czasami wręcz jest tak, że odkrywam w nich coraz to nowe pokłady znaczeń. Tak się dość niespodziewanie (powody naukowe, konieczność zapoznania się z kontekstem) stało np. z francuskim neoklasycyzmem, który jeszcze jakoś tak dwa lata temu wydawał mi się aż śmieszny w swojej malarskiej dosłowności, a potem nie dość, że nagle zauważyłam, jakie to są genialne kompozycje, to na dodatek okazało się, że intrygują mnie historie z nimi związane i zaczynam w nich dostrzegać coraz to nowe ciekawe aspekty.

Zupełnie odrębny rozdział w moich lubieniach i nielubieniach sztuki zajmuje abstrakcja. Wprawdzie wiem, że krytykom zdarza się próbować przypisywać jej najróżniejsze znaczenia i podteksty, ale dla mnie pozostaje bardziej lub mniej mi się podobającą kompozycją barw i kształtów, które z założenia (mojego, bo może artysty i krytyka nie) nie mają nic do mnie mówić, ale po prostu się podobać. Teoretycznie podobne jest z tym, co mi się najbardziej podoba u impresjonistów oraz artystów z kręgu art nouveau czy secesji, ale zwłaszcza impresjonizm jest tak opatrzony i do znudzenia ograny na wszelkich możliwych popularnych gadżetach, że chwilami sama już nie wiem, czy mi się jeszcze podoba, czy męczy. Podobnie zresztą jest np. z Salvadorem Dalim, a także z Rafaelem, nie mówiąc już o Murillu - kiedy sztuka trafia do takiego nijakiego obiegu, bardzo trudno jest mi ją postrzegać w jej pierwotnym kontekście i w oderwaniu od znużenia jej wszechobecnością.

Surrealiści zresztą to jeszcze osobny problem, a Dalí nigdy nie należał do moich ulubieńców, może po części dlatego, że został spospolitowany w sposób jeszcze bardziej okrutny niż ozdabianie zeszytów, piórników i innych gadżetów życia codziennego: jego styl posłużył za wzór tłumowi potwornych ilustratorów książek fantasy. Nawiasem mówiąc, w surrealizmie najbardziej lubię nastrój tajemniczości, a Dalí wydaje mi się pod tym względem przedumany i czasami zbyt oczywisty. 

Po prawdzie jakkolwiek jest to wpis z cyklu Confiteor, dość celowo nie wymieniam tu zbyt wielu nazwisk, nie ilustruję też tekstu kolejnymi obrazkami, choć kusiło mnie (i może to kiedyś wyedytuję). Powód jest trywialny: ta notka jest zapowiedzią czy też reklamą kolejnego (tak, kolejnego, jakoś to będę się starała ogarniać) blogowego projektu czyli spin-offu, gdzie te obrazki i nazwiska się pojawią. Albowiem podobnie jak w przypadku opery chciałam tu zrobić sobie cykl o obrazkach, tych lubianych i tych niekoniecznie. I nagle przypomniałam sobie, że cykli tu zapowiedzianych w zasadzie nigdy nie realizuję: zawsze pojawi się na przykład coś aktualnego. Miałam pisać o tłumaczeniach poezji i co? Nic. Jakoś nie mogę się do tego zabrać, choć wiem, co chciałabym o tym napisać (no dobra, jedno napisałam do druku w Poważnym Czasopiśmie, więc się poniekąd spaliło jako temat).

Natomiast osobny blog, jeśli się na nim nic nie pisze, staje się wyrzutem sumienia i prowokuje do tego, żeby go choćby raz na miesiąc uzupełnić. A zatem tak jak opera zrodziła Wariacje operowe, tak postanowiłam dać sztuce wypączkować własny blog. Długo się zastanawiałam nad jego nazwą i w końcu po odrzuceniu różnych Sztuka i ja oraz Evviva l'arte stanęło na prostym Drakaina ogląda obrazki, ponieważ podobnie jak o operze chcę tam pisać w dużej mierze subiektywnie. Mogę jeszcze dodać jedno: kiedy robiłam (równolegle ze sporym towarzystwem) galerię ulubionych obrazów na fejsbuku, ranking w sensie liczbowym wygrali Jacques-Louis David oraz wspólnie surrealiści ze szczególną przewagą Paula Delvaux i René Magritte'a. Postaram się nie zdominować ich twórczością nowego projektu ;)

Drakaina ogląda obrazki

PS. Wpis programowy na obrazkach już opublikowany.

sobota, 29 września 2012
Nowy projekt blogowy...

Na wypadek, gdyby ktoś szykował się z kolejnym komentarzem z serii "kiedy następny wpis", informuję szanownych czytelników, że chwilowo para idzie głównie w ten blog: Wariacje operowe. Trochę dlatego, że czuję rosnącą niechęć do pisania o sprawach aktualnych, a z kolei w sprawach antycznych chwilami pochłaniają mnie jakieś dziwaczne szczegóły ;) Ale gdzieś tam powoli rodzi się kolejne marudzenie o mecenacie sztuki, a raczej jego dziś braku...

czwartek, 12 lutego 2009
Wpis tymczasowy
Niestety sesja i deadline tłumaczeniowy, którego bardzo chciałam dotrzymać, dość ograniczyły możliwości blogerskie, a za parę godzin lecę do Rzymu na tydzień, w związku z czym napiszę coś (chyba nawet wiem, co) zaraz po powrocie, a ten wpis zapewne wykasuję, bo jest bezsensowny i nawet zdjęcia nie zdążę wkleic ;)
niedziela, 14 października 2007
Ferengis

Zostałam zapytana o nazwę mojego bloga, więc spieszę wyjaśnić. Przede wszystkim od razu zaznaczam, że nazwa nie została zaczerpnięta ze StarTreka - po prawdzie dalsze serie znam na tyle słabo, że dopiero guglanie uświadomiło mi tę zbieżność, więc tym bardziej uznałam, że muszę tu umieścić sprostowanie. Naprawdę było tak, że zaczęłam go pisać w staroperski nowy rok i na dodatek tuż po obejrzeniu filmu 300 Spartan, gdzie moi ulubieni Persowie zostali pokazani jak karykaturalnie wynaturzeni Egipcjanie z czasów Ptolemeuszy; kto widział serial Rzym, wie, o co chodzi. (Dla jasności: nie mam również nic przeciwko Egiptowi Ptolemeuszy, jest to jak dla mnie najciekawszy okres dziejów tego państwa.) Byłam w związku z tym w nastroju perskim, a na dodatek nie byłam w stanie wymyślić nic naprawdę sensownego, co kojarzyłoby się z jeszcze bardziej ulubioną Grecją i nie było przy tym pretensjonalne czy banalne.

I wtedy przypomniało mi się imię jednej z bohaterek perskiego eposu SzahName (Księgi królewskiej), dzieła w bajeczny i romansowy sposób opisującego mity i dzieje tego kraju od stworzenia świata po podbój islamski. Uznałam, że imię ładnie brzmi, bohaterka sympatyczna, taka nieco wojownicza księżniczka z dalekiego kraju, nieustraszona, nie załamująca się po najróżniejszych nieprzyjemnościach i kłopotach, jakie ją w życiu spotkały, dzielna ale i sentymentalna, potrafiąca walczyć o swoje i zaczynać od nowa. I pomyślałam, że taka kobieta w sam raz może być patronką mojego bloga. Problem w tym, że pisownię wzięłam z transkrypcji w polskich słownikach mitologicznych, podczas gdy w tekstach angielskich częściej występuje Ferangis albo Ferangiz. Którą w tym zapisie nieco trudniej pomylić ze startrekową nacją. No ale stało się - a może dzięki temu na bloga wejdzie przypadkiem jakiś fan ST i może go te starożytności zainteresują.

sobota, 19 maja 2007
De bloge meo

Odkąd zatytułowałam ten blog "nulla dies sine linea", przestałam regularnie pisać - więc w końcu ktoś by się przyczepił... No więc chwilowo stanęło na parafrazie słynnego "navigare necesse est".

Przy okazji musiałam się zastanowić, jak odmieniać słówko "blog" po łacinie. Uznałam, że nie będę go tłumaczyć (np. sms w tzw. łacinie żywej to nuntium breve - krótka wiadomość), więc w pierwszej chwili wydawało mi się, że powinno być "de blogo" - ale przecież nie ma siły, żeby było to słówko II deklinacji, czyli wychodzi na to, że będziemy mieć III: blog, blogis, blogi, blogem, bloge; bloges, blogum, blogibus, bloges, blogibus, bloges. No chyba że taką II: blogus, blogi. A po prawdzie najlepiej by brzmiało BLOX, BLOGIS (i dalej cała odmiana jak dla III deklinacji).

To tak na marginesie zmiany tytułu.

Zakładki:
...
Blogi (i foto) moje
Blogroll
Miejsca w necie
Ulubione - artystycznie
Ulubione - filmowo
Ulubione - literacko
Ulubione - muzycznie
Ulubione - naukowo
Ulubione - przyrodniczo
Ulubione - zabawnie
Z tego bloga czyli moje ulubione lub najpopularniejsze notki
Tagi
       

       Copyright