sobota, 05 lutego 2011
Szkoła cyborgów

Piątek, 5 lutego 2011

Rozmawiam ze studentami kierunku kulturoznawstwo: cywilizacje starożytne. Cel rozmowy: uzyskanie przez nich zaliczenia z jednego z przedmiotów w ramach bloku Sztuka i architektura Grecji. Kilkoro z nich usiłuję jakoś naprowadzić na to, o co pytam, więc zaczynam krążyć wokół tematu: chodzi o wydarzenie, które zapoczątkowało epokę klasyczną czyli wojny perskie.

- Z kim walczył na wschodzie Aleksander?
Milczenie.
- Jakie imperium podbiło w VI w. większość Bliskiego Wschodu i grecką Jonię?
Milczenie.
- Z kim walczyli Grecy w 490 i 480 pod Maratonem, Salaminą...
Milczenie.
- Termopilami?
Błysk w oczach.
- Ze Spartanami?
[W duchu zgrzytam zębami i próbuję z innej beczki.]
- Skoro już pani coś podpowiedziałam, to kiedy była ta epoka klasyczna?
- W III wieku.
- No nie, przecież właśnie mówimy o czasach po wojnach perskich. Kiedy żył Perykles, Fidiasz, Poliklet, Sokrates, kiedy była wojna peloponeska?
- W VI w.
- A kiedy były te wojny perskie? Przecież właśnie pani wymieniłam daty...
Milczenie. Po chwili:
- Bo historia to nie jest moja mocna strona.
No i jak mam jej wytłumaczyć, że podstawowe wiadomości z historii są konieczne, żeby zrozumieć przemiany kulturowe V w.?

Kilka lat temu

Rozmowa kwalifikacyjna na filologię obcą, zagadnienia dotyczą głównie literatury. Kandydatka losuje "Przedwiośnie" Żeromskiego (w duchu jej współczuję, ale z drugiej strony to samograj - tak mi się w każdym razie wydaje). Dziewczyna jednak, jak się okazuje, nie jest w stanie wyjść poza w kółko powtarzane "szklane domy". Wtrącam się więc i pytam ją, jakie ważne wydarzenia historyczne są pokazane już zaraz na początku powieści. Po długiej chwili pada odpowiedź:

- Odzyskanie przez Polskę niepodległości.
Chodziło mi o rewolucję, ale niech ci będzie, myślę sobie, więc pytam, kiedy to było.
- W XIX wieku.
Powstrzymuję się od udławienia, ale najlepsze dopiero przede mną. Być może na widok min komisji dziewczyna robi zmieszaną minę i dodaje:
- To znaczy w 1939 roku.
Komisja zaczyna nerwowo naprowadzać nieszczęsną na lepszy trop, podpowiadając coś o I wojnie światowej, o tej nieszczęsnej rewolucji w "Przedwiośniu"... nagle kandydatka wali pięścią w stół, krzycząc:
- Przecież to jest egzamin z polskiego a nie z historii!!!

Liceum

Zróbmy teraz na chwilę skok w nieco dalszą przeszłość. Sala historyczna w renomowanym krakowskim liceum. Na wieszaku wisi mapa. Przez cztery lata przed mapą stają kolejni delikwenci z mojej klasy, żeby w tempie ekspresowym pokazywać na mapie:

- Maraton! Data!
- Grunwald! Data!
- Chocim! Data!
- Austerlitz! Data!
- Verdun! Data!
- Stalingrad! Data!

Na myśl o tym, że zbliża się moja kolej, żeby stanąć pod mapą, czuję zimne dreszcze. Gdzie to wszystko jest, to jeszcze mały problem, jestem wzrokowcem, więc mniej więcej pamiętam, gdzie mam wskazać, żeby było dobrze, ale te daty... Sterroryzowana przez sposób uczenia historii w liceum nie próbowałam nawet zdawać na archeologię, przekonana, że nie mam żadnych szans na egzaminie z tego przedmiotu. O maturze czy olimpiadzie z historii w ogóle nie myślałam, bo nie miałam bladego pojęcia, jak zabrać się za wypracowanie, skoro w głowie dzwoniły mi wyłącznie nijak z sobą niepowiązane daty.

Studia 1.

Na myśl o przedmiocie "historia Polski" czułam paniczny lęk. A tu wchodzi dr Z. na wykład i zaczyna:

- Wczesny rozwój i specyficzne pojmowanie demokracji w Polsce, w tym kwestia np. liberum veto, nie wzięło się, proszę państwa, z powietrza. Przyjrzyjmy się, jak wyglądały zgromadzenia plemienne za czasów Piastów, zastanówmy się, jaki to miało wpływ na kształtowanie się parlamentaryzmu...

Pół roku później egzamin zdaję na pięć, bo pytania są problemowe.

Studia 2

Nie czuję już zimnych potów na myśl o przedmiocie "historia starożytna", ba - nawet cieszy mnie ta perspektywa.

- Grecy wygrywali nie dlatego, że mieli przewagę (nie mieli) albo byli lepiej wyszkoleni (nie byli). Im pomagała ich wewnętrzna anarchia i skłócenie między poleis: Ateńczycy nie znosili Beotów, więc na ich morale nijak nie wpływało, że walczący obok oddział czy statek uległ zniszczeniu. Zarechotali pod nosem z nieszczęścia i walczyli dalej - komentuje pewne szczegóły tego, co wiemy o wojnach perskich dr S. Daty zapamiętują się same, bo widzę związki przyczynowe pomiędzy poszczególnymi wydarzeniami i zjawiskami.

Pół roku później zdaję egzamin na pięć.

Studia 2 bis

Historia średniowiecza bawi mnie zdecydowanie mniej, poza tym specjalizuję się w czym innym, robię dwa lata w jednym roku, mam mało czasu na cokolwiek. Mimo to wykłady opuszczam rzadko, bo bardzo podoba mi się, jak prof. O. analizuje źródła. Dzięki tym źródłom, a konkretnie Kronice Nestora, wybronię się później na egzaminie na solidne cztery.

Szkoła podstawowa

Druga wycieczka w przeszłość. W klasie 5-6 kocham nauczycielkę historii, pamiętam jak z zapałem odpowiadam na przekrojowe pytanie o rozwój stosunków polsko-krzyżackich. Potem niestety pani M. idzie na urlop macierzyński, a moją klasę przejmuje młody, zapalony, ale rozpaczliwie nieumiejący uczyć pan, którego nazwiska nie pamiętam. W ósmej klasie usiłuję jeszcze startować w olimpiadzie, ale braki z powodu rocznego wyjazdu zagranicznego dają o sobie znać i przepadam z kretesem. A potem jest już liceum i kucie na pamięć dat. Mój zapał do historii zostaje zanihilowany, a raczej zamrożony na około sześć lat.

Wnioski

Nie ma przedmiotów nudnych, są tylko źle uczone.

Co jakiś czas słyszy się utyskiwanie ze strony przedstawicieli nauk ścisłych/przyrodniczych, że humaniści chwalą się nieznajomością matematyki. Podobnie historycy uwielbiają narzekać, że młodzież nie chce się uczyć historii. Może jedni i drudzy powinni przyjrzeć się nauczycielom w szkołach - swoim wychowankom! - czy przypadkiem to nie oni zniechęcają?

Nauczanie musi być zintegrowane.

Przez rok nauki w bardzo takiej sobie szkole w kraju tzw. trzeciego świata miałam przedmioty o nazwach, które można by po polsku określić jako "nauki przyrodnicze" (biologia, chemia, fizyka) i "nauki społeczne" (historia, geografia, wiedza o społeczeństwie). O anatomii człowieka nauczyłam się tam na pewno więcej niż w polskiej szkole, podobnie jak o tym, jak działają wulkany. Ta szkoła nauczyła mnie też wreszcie ułamków, które w Polsce były dla mnie jakimś koszmarem.

Polska szkoła nie kładzie nacisku na związki pomiędzy zakresem poszczególnych przedmiotów. Nie będę się szerzej wypowiadać na temat tego, jak można by połączyć biologię z fizyką (choć wiem z rodzinnego kontekstu, że łączy się i to bardzo ciekawie), ale mogę spokojnie powiedzieć, że traktowanie polskiego, historii i np. historii sztuki jako odrębnych dziedzin, które trzeba osobno wykuć i zdać, jest straszliwym błędem i czyni nieodwracalne spustoszenie w umysłach uczniów, którzy nie uczą się syntez, ale wyłącznie drobiazgowych analiz, a nierzadko nie są w stanie udzielić odpowiedzi (którą mają zapisaną w bitach pamięci swojego mózgu), jeśli pytanie pada choćby nieco obok wyuczonej ścieżki.

Oto przykład.

5 lutego 2011

Pokazuję delikwentowi plan pałacu w Aigai, stolicy starożytnej Macedonii. Kilkakrotnie na wykładzie powtarzałam, że jednym z najciekawszych obiektów na terenie tego pałacu jest okrągłe pomieszczenie o charakterze kultowym, zwane tolosem, ponieważ powtarza strukturę tego typu świątyni. Pytam, co to jest.

Milczenie.

Otwieram prezentację z zestawieniem planów typów świątyń, zeskanowanym z podręcznika i pokazuję delikwentowi odpowiedni obrazek.

- Tolos - odpowiada bez wahania.

Problem w tym, że na planie pałacu sama struktura tolosu wyglądała identycznie jak na zestawieniu, ale była w innym kontekście, co najwyraźniej nie wystarczyło do uruchomienia odpowiedniego oprogramowania. Zrobiłam później test kontrolny - pokazałam na planie całej starożytnej Olimpii dwie świątynie, też narysowane jak w podręczniku - problem z określeniem, jaki to typ budynku pojawił się jak na zawołanie...

Wnioski raz jeszcze

Obecna szkoła nie uczy, ale programuje

Przekonałam się o tym już jakoś trzy lata temu, kiedy raz w życiu zgodziłam się na dawanie korepetycji z polskiego. Musiałam dość szybko zrezygnować, ponieważ okazało się, że nie znając szczegółowych wytycznych nie jestem w stanie przygotować uczennicy do odpowiedzi na ocenę pozytywną; o napisaniu ocenionego pozytywnie wypracowania to już w ogóle nie wspomnę. Dlaczego? Bo nie potrafiłam się wstrzelić w konkretne cytaty, jakie obowiązkowo trzeba było wykorzystać, bo podsuwałam jej kilka możliwych interpretacji tekstu, bo opowiadałam jej o kontekście, a nie rozbierałam powieści czy wiersza na czynniki pierwsze, żeby je ponumerować i wykorzystać w kolejnych akapitach wzorcowego wypracowania.

W piątek 5 lutego widziałam już efekty końcowe tego programowania. Jeśli komputerowi podać komendę, która choćby jednym bitem różni się od tej, na którą jest przygotowany, to nie odpowie. Taka jego komputerza natura. Ale dlaczego absolwent polskiej szkoły ma się zachowywać jak cyborg z filmu science fiction?

PS. Wyjątkowo zdjęcie nie z mojej osobistej fototeki, ale "wypożyczone" z najnowszej odsłony serialu "Doctor Who", copyright BBC 1.

PS 2, dodany 24 lutego. Na portalu racjonalista.pl, który podlinkował ten tekst (bardzo mi miło), pojawił się artykuł zatytułowany "Nowożytny miecz demoklesa?" No i jak ja mam się nie załamać?

czwartek, 13 stycznia 2011
Egipska przypowiastka

W starożytnym Egipcie był zwyczaj łączyć szczęśliwe oraz nieszczęśliwe zdarzenia, także te o charakterze naturalnym - zwłaszcza wylewy Nilu i związane z ich odstawaniem od pożądanej normy susze lub powodzie - z osobą władcy. Jeśli Nil wylewał jak należy, znaczy się - faraon dobry. Jeśli coś poszło nie po myśli tego ludu, w którym rolnicy stanowili wielką część społeczeństwa, a rolnictwo podstawę gospodarki - znaczy się, faraon niedobry. Faraon, na dodatek, był zasadniczo żywym reprezentantem najwyższych bogów na ziemi - jeśli więc źle wpływał na zachowanie Nilu, to znaczy, że źle reprezentował Ozyrysa i/lub Amona i/lub Horusa, ściągając na Egipt tychże niezadowolenie. Źródła dość jednoznacznie wskazują, że osobnik taki nierzadko źle kończył, a w każdym razie kończył wcześniej niż statystyczna przeżywalność by wskazywała.

Egipcjanie nie byli głupi i taka praktyka wcale o głupocie, ignorancji i prymitywizmie ich myślenia nie świadczy. Potężną siłę w państwie stanowili kapłani (w tym przypadku będący jednocześnie elitą pod względem wykształcenia), doskonale wiedzący, że Nil wylewa tak albo inaczej z powodów znacznie bardziej prozaicznych, posiadali bowiem znakomitą wiedzę o zjawiskach przyrodniczych, a także niestrudzenie je obserwowali. A mimo to - cynicznie, zdałoby się - pozwalali, aby lud gniew swój przelewał na faraona i aby król w razie czego stawał się ofiarą.

Oczywiście, że pozwalali, i oczywiście, że robili to z pełnym wyrachowaniem, ponieważ wiedzieli również doskonale, że gniew ludu jakieś ujście mieć musi. Faraon zatem, oprócz różnych przywilejów oraz rozlicznych obowiązków związanych z pełnioną funkcją, musiał się też liczyć z tym, że w niesprzyjających warunkach pogodowych może zostać kozłem ofiarnym. Na pocieszenie pozostawało mu to, że zjednoczenie z Ozyrysem było właściwie nierozerwalne, a grobowiec zapewniający życie wieczne budował sobie zazwyczaj od objęcia tronu, więc był zabezpieczony. A w każdym razie głęboko w to wierzył, co tak naprawdę jest tu istotne.

Sądząc z biografii wypisywanych w grobowcach, egipscy politycy oraz urzędnicy mieli o sobie bardzo wysokie mniemanie i uwielbiali podkreślać swoje osiągnięcia i zasługi. Wątpię jednak, żeby w historii Egiptu zdarzył się człowiek, który w sytuacji suszy lub powodzi odważyłby się powiedzieć: "gdybym ja był faraonem, nie byłoby tej katastrofy" nawet po to tylko, żeby dokopać swojemu politycznemu przeciwnikowi.


środa, 02 grudnia 2009
Postscriptum

Narzekałam na Pocztę Polską? No to już przestaję. Właśnie przeżyłam kolejny absurd, tym razem z wielką międzynarodową firmą kurierską UPS.

Znalazłam mianowicie w skrzynce awizo, na którym była zaznaczona kratka "Ostatnia próba" - sęk w tym, że próby "pierwszej" ani "drugiej" w rzeczonej skrzynce nie było. Zadzwoniłam więc do firmy, zapytać się, jakim cudem jako pierwsze awizo dostaję takie, które nazywa się ostatnim. Pani - znacznie mniej uprzejma niż na poczcie - oznajmiła mi najpierw obcesowo, że jest to niemożliwe, zapytałam jej więc, czy z góry zakłada, że kłamię w niewiadomym celu. Pani wyjaśniła mi na to, że kurier na pewno był u mnie trzy razy.

- Jakim cudem - zapytałam - skoro w mojej skrzynce jest tylko jedno awizo?

- Zaraz sprawdzę - oznajmiła pani tonem wyższości, a po chwili oznajmiła z tryumfem: - Kurier był u pani trzy razy, ale dwa razy brama była zamknięta, więc nie zostawił awiza!

I to był ten moment, kiedy szczęka mi opadła z hukiem na ziemię, a wraz z nią wszystko, co opaść może. Próba wyjaśnienia pani z drugiej strony linii, że z mojego punktu widzenia awizo, które właśnie dostałam, jest pierwsze, a psim obowiązkiem kuriera było postarać się dostarczyć mi jakoś te wcześniejsze, że wreszcie mieli mój telefon i mogli umówić termin, spaliła na panewce. Pani nie raczyła nawet mnie przeprosić.

Paczka oczywiście została już wcześniej odesłana do nadawcy, ponieważ nie zadzwoniłam do firmy w dniu dostarczenia ostatniego awiza. Niby nie mój problem, bo to nie ja płacę za tę paczkę, więc wściekać się powinien nadawca, ale muszę powiedzieć, że prywatne przebiło państwowe.

wtorek, 17 listopada 2009
Paragraf 22

Dziecięciem nieletnim będąc, spędziłam rok w przedchavezowskiej Wenezueli, i jako jedyna z rodziny nauczyłam się hiszpańskiego, w związku z czym załatwiałam następnie różne sprawy w urzędach, ponieważ przeciętny urzędnik w tym pięknym (naprawdę pięknym) kraju zasadniczo nie znał języków - skądinąd teraz pewnie nie zna w stopniu jeszcze większym. W każdym razie w ramach tych rodzinnych obowiązków zdarzyło mi się dzień w dzień wydzwaniać do agenta ubezpieczeniowego nazwiskiem Suarez, którego żona nieodmiennie powtarzała, że nie ma go w domu, agent Suarez bowiem robił, co mógł, byle nie ubezpieczyć nam samochodu, jako że kosztowałoby go to trochę wysiłku i cennego czasu, w którym można nic nie robić. Pamiętam też scenę w banku, kiedy urzędniczka na dwie godziny przed zamknięciem oznajmiła, że już nie ma czasu na prostą transakcję. No i oczywiście nie zapomnę nigdy batalii o solvencię czyli rozgrzeszenie podatkowe przed wyjazdem.

Jeśli kiedykolwiek w jeszcze wcześniejszym dzieciństwie zaczytując się w książkach o zwierzętach, z których część działa się w Ameryce Południowej i opisywała święte mañana i absurdy biurokracji, uważałam te opowieści za groteskę, to pobyt w Wenezueli zweryfikował te poglądy. Jeśli kiedykolwiek zaśmiewałam się z załącznika numer ileśtam w 12 pracach Asterixa, to pobyt w Wenezueli zmienił ten śmiech w wisielczy. Spędziłam bowiem lekko licząc pół dnia biegając wraz z rodzicami po piętrach sporego wieżowca pełnego urzędników, którzy żądali na solvencii coraz to nowych pieczątek i podpisów. Wiem, że teraz mało kto mi uwierzy, ale i tak to opowiem.

Kulminacja nastąpiła w chwili, gdy urzędnik z pokoju dajmy na to 403 (takich szczegółów to już nie pamiętam) oznajmił, że nie może przybić swojej pieczątki bez uprzedniego przybicia przez urzędnika z pokoju dajmy na to 738 "małej pieczątki wielkości jednego bolivara" (lokalna waluta). Ponieważ nie odbiegało to od dotychczasowej normy, udaliśmy się potulnie do pokoju 738, w którym okupujący go urzędnik oświadczył, że owszem, on "małą pieczątkę wielkości jednego bolivara", po którą poszliśmy, posiada, ale nie może jej przybić bez uprzedniego przybicia pieczątki podłużnej. A gdzie się taką pieczątkę przybija? Ano w pokoju 403 - po dłuższych debatach okazało się, iż była to właśnie ta pieczątka, której nie da się przybić bez "małej pieczątki wielkości jednego bolivara". Przez jakiś czas krążyliśmy między jednym i drugim urzędnikiem, usiłując przekonać któregokolwiek z nich, żeby zrezygnował ze swoich ambicji i jednak przybił pieczątkę jako pierwszy. W końcu chyba uznali, że się nas tak łatwo nie pozbędą, albowiem - autentycznie - spotkali się przy stoliczku na piętrze położonym mniej więcej w połowie drogi między ich gabinetami i przybili swoje święte pieczątki jednocześnie.

Po prawdzie Wenezueli usiłowały pod względem biurokracji dorównać jedynie Indie, gdzie w jednym hotelu musiałam wypełnić pięciostronicowy formularz zameldowania, zanim wydano mi klucz (dodam, że upiornie bolała mnie głowa i miałam wysoką gorączkę, niemniej recepcjonista był nieustępliwy - nie wezmę prysznica bez tego formularza), a w innym - położonym dosłownie "in the middle of nowhere" w końcu wypełniliśmy formularz dość z sufitu wziętymi danymi, ponieważ wymagał jakichś absolutnie idiotycznych informacji włącznie z tym, ile nocy chcemy tam spędzić - a podejrzewam, że jedynymi ludźmi, którzy zatrzymywali się tam na więcej niż jedną noc, byli kierowcy ciężarówek, którym poważnie popsuły się samochody...

Cały ten anegdotyczny materiał przypomniał mi się, kiedy wczoraj zadzwoniłam na Pocztę Polską, żeby uratować przed odesłaniem przesyłkę, na którą awizo dostałam dokładnie w dniu wyjazdu do Skandynawii, termin odbioru zaś mijał wczoraj. Po powrocie usiłowałam ją odebrać, ale nie miałam jakichś nadmiarów czasu, a ilekroć zaglądałam na pocztę, były tam koszmarnie długie kolejki, które znając tempo obsługi w tym konkretnym urzędzie, oznaczały co najmniej godzinę czekania.

Znalazłam więc w internecie numer telefonu i zadzwoniłam, przekonana, że jeśli podam numer przesyłki i swoje dane, to nie powinno być problemu z zatrzymaniem paczki (oznaczonej na awizie jako "duży polecony", co też nie jest bez znaczenia). Bardzo skądinąd miła pani oznajmiła mi jednak od razu, że coś takiego jest niemożliwe.

- Dlaczego? - zapytałam
- Bo takie są przepisy - odpowiedziała zapewne zgodnie z prawdą, po czym dodała: - Może pani złożyć oświadczenie* w urzędzie, żeby paczka była przetrzymana przez 30 dni.
- Ale problem w tym, że ja nie mam kiedy do państwa podjechać, żeby tę paczkę odebrać, więc jak mam złożyć u państwa takie oświadczenie? - indagowałam dalej w naiwnej wierze w logiczne funkcjonowanie świata.
- Mogła je pani złożyć wcześniej - usłużnie odrzekła moja rozmówczyni.
- Wcześniej po pierwsze nie wiedziałam, że dostanę awizo dokładnie w dniu wyjazdu i jego ważność skończy się tuż po moim powrocie, a po drugie ogólnie nie jestem w stanie przewidywać każdej potencjalnie nadchodzącej przesyłki, której nie wrzucą mi do skrzynki - wyjaśniłam miłej pani nieco może pokrętnie, acz wciąż w zgodzie z logiką. - Czy mogłabym złożyć takie oświadczenie dla wszystkich przesyłek na przyszłość?
- Niestety nie, takie oświadczenie dotyczy tylko tej konkretnej przesyłki. Może pani je teraz złożyć, wtedy zatrzymamy przesyłkę do trzydziestu dni.
- Mówiłam już pani, że właśnie w tym problem, że nie bardzo mam kiedy do państwa podjechać...
- Mogę pani podać numer faksu.
- Nie mam faksu w domu, w związku z czym wysłanie go wymagałoby ode mnie udania się na pocztę, a jak już powiedziałam...
- Niestety musi pani złożyć to osobiście albo wysłać faksem.
- Gdybym mogła do państwa teraz przyjechać, to przecież po prostu odebrałabym tę przesyłkę a nie składała oświadczenie.
- Takie są przepisy.
- A nie mogę pani podać numeru przesyłki i numeru mojego dowodu osobistego przez telefon i pani mi tę przesyłkę przetrzyma o parę dni dłużej?
- A jak ja przez telefon stwierdzę pani tożsamość?

(Tu niestety nie okazałam się wystarczająco schlagfertig i nie zapytałam, jak ona stwierdza moją tożsamość na podstawie faksu, w którym przecież też mogę napisać cokolwiek, a decydująca powinna być moja znajomość numeru przesyłki i nazwiska, na jakie przyszła...)

- To może mailem?
- Maila niestety nie mamy.

(Tu nie wytrzymałam i powiedziałam parę słów na temat tego, że żyjemy w XXI wieku, pani pokornie przyznała mi rację i obiecała przedstawić kwestię maila na najbliższej naradzie.)

- No to co ja mam zrobić? - zapytałam filozoficznie, wątpiąc już w racjonalne i logiczne urządzenie świata.
- Może pani złożyć oświadczenie osobiście albo faksem.

Ponieważ zasadniczo rozmowa wróciła do punktu wyjścia, a pani, która była naprawdę przez cały czas bardzo miła, powierzyła mi tajemnicę pocztową, iż paczki wychodzą z urzędu dopiero w południe dnia następnego po terminie odbioru, poświęciłam godzinę w porze obiadowej na jeszcze jedno podejście do poczty z założeniem, że najwyżej w końcu odstoję swoje w kolejce, aczkolwiek harmonogram miałam dość napięty. Na szczęście typowo polska pora obiadowa okazała się bezkolejkowa i w końcu dostałam do ręki... paczuszkę o wymiarach 13x16cm. Pan w okienku, skądinąd znów bardzo miły, oznajmił mi, że "o wielkości przesyłki decyduje listonosz".

Z natury jestem berserkerem, ale zapewniam, że poczta na ul. Wrocławskiej w Krakowie jeszcze stoi, nie spłonęła i nie zamieniła się w kupę gruzu. Zawdzięcza to chyba wyłącznie faktowi, że wszyscy byli mili i nie było kolejki, bo gdybym na dodatek do wszystkiego odstała się tam godzinę, to nie ręczę za siebie.

Egipski skryba, Neues Museum Berlin

* Swoją drogą dopiero teraz przyszło mi do głowy, że na dodatek nie rozumiem, dlaczego to się nazywa oficjalnie oświadczenie, a nie np. zlecenie czy upoważnienie?

sobota, 27 czerwca 2009
Ignorancja matką dziennikarstwa?

Raz za czas pod różnymi tytułami pastwię się tu nad idiotycznymi nazwami sklepów czy firm i innymi bezsensownymi zastosowaniami kulturowych haseł jako chwytliwych sloganów - zazwyczaj bez refleksji nad ich pochodzeniem. Przez jakiś czas prym w moim osobistym rankingu wiodły suknie ślubne spod znaku Dejaniry, ale ostatnio znalazłam nową kategorię tego typu absurdów. Są to mianowicie wymysły dziennikarzy, którzy chcą ubarwić swoje teksty erudycyjnymi tytułami lub porównaniami w leadach, ale robią to tak bezmyślnie, że zamiast tortu wychodzi zakalec. A zatem dziś trzy miejsca medalowe z ostatniego pół roku.

Miejsce trzecie: Królowa Śniegu - o Justynie Kowalczyk. Trzecie, bo tu można było dość łatwo ominąć pułapkę, pisząc wszystko z małych liter. Idealnie by nie było, ale przynajmniej troszkę maskowałoby wysoce niefortunne nawiązanie do złej królowej z baśni Andersena, która serca przemienia w lód - najwyraźniej panowie dziennikarze tej lektury w dzieciństwie nie przerobili, a wstyd. Na szczęście pani Kowalczyk uśmiecha się tak ciepło i sprawia wrażenie tak sympatycznej, że zlodowacenie serca w jej towarzystwie chyba nie grozi. Medal brązowy dla artykułu o złotej medalistce.

Miejsce drugie: Powrót paleolitu - o modzie na architekturę z surowego kamienia. Tu nie mogę dać linka do właściwej wpadki, bo była ona autorstwa portalu Gazeta.pl cytującego artykuł z Bryły, a zatem była efemeryczna. Ale daję słowo, że była. Tu właściwie też wiele dałoby się załatać, ale troszkę bardziej skomplikowaną kosmetyką. Bo zasadniczo rozumiem ideę, która przyświecała autorowi tego hasła: chodziło mu o nadejście "ery architektury kamiennej" (ilekolwiek by w tym prawdy było, bo przecież nawet małe stadko jaskółek wiosny nie czyni) czyli "epoki kamienia" w architekturze. I super, w takim ujęciu hasło byłoby zabawne i sensowne. Niestety paleolit nie znaczy wcale tyle co "epoka kamienia", ale tłumacząc bardzo dosłownie "stary kamień" czyli stanowi odpowiednik starszej epoki kamienia, zwanej dawniej niezbyt precyzyjnie epoką kamienia łupanego, w przeciwieństwie do gładzonego w neolicie (czyli "nowym kamieniu"). I w sumie teoretycznie kamień, o którym mowa w architektonicznym artykule, rzeczywiście jest surowy, jakby łupany, ale dla przeciętnego czytelnika droga skojarzeń między jednym a drugim jest chyba jednak za daleka. Na dodatek domy z kamienia, choć w sumie raczej z gliny, to raczej domena neolitu, bo ludność paleolityczna, przedrolnicza, nie budowała jeszcze trwałych siedzib. Medal srebrny.

Miejsce bezdyskusyjnie pierwsze i złoty medal: Nowe szaty królowej - w artykule o strojach Michelle Obama, a konkretnie - stylu nowej Pierwszej Damy USA. No tutaj to już nie tylko ręce mi opadły, ale wszystko, co ma zdolność opadania. Takie określenie sugeruje bowiem w oczywisty sposób jedno: że First Lady chodzi nago. Zasadniczo nie jestem wrogiem nagości, w przeciwieństwie do części polskich i nie tylko polityków, ale uznaję również potrzebę szanowania pewnych norm społecznych i zasadniczo uważam, że żony polityków z pierwszych stron gazet powinny chodzić ubrane, nawet jeśli mają figurę Carli Bruni. Ale żarty na bok: tu znowu spotykamy się ze skandaliczną wręcz ignorancją wobec dziedzictwa kultury, że się tak górnolotnie wyrażę. Nie jestem przecież dinozaurem, sporo dziennikarzy Gazety Wyborczej i jej Wysokich Obcasów to moje pokolenie, ba, czasem nawet koledzy z pierwszych studiów, ale wydaje mi się, że istnieje jakieś minimum wiedzy, które człowiek wypowiadający się publicznie powinien posiadać. Do niego należy też znajomość przynajmniej kilku najsłynniejszych baśni Andersena, a sądząc również po trzecim miejscu na tej liście ich tytuły funkcjonują w świadomości niektórych wyłącznie jako nic nie znaczące, sprawnie skonstruowane hasła.

Oczywiście w dziejach kultury zdarzało się już niejednokrotnie, że pewne sformułowania wyrwane ze swego pierwotnego kontekstu zaczynały znaczyć co innego (zamierzam o tym osobną notkę kiedyś strzelić), ale zazwyczaj działo się tak z powodu niezrozumienia tego pierwotnego kontekstu, a nie jego całkowitej nieznajomości, która zdaje się cechować zwłaszcza autora złotomedalowej wpadki.

Napisałam w tytule notki o dziennikarstwie, ale wydaje mi się, że opisane tu przypadki - jako żywo z pierwszej strony wielkiego portalu internetowego - stanowią tylko jaskrawe przykłady trendu o szerszym społecznym zasięgu. A do dziennikarstwa niestety coraz częściej trafiają ludzie, których jedynym atutem (?) jest siła przebicia i bezczelność. Po czym ich ignorancja idzie w lud.

Figurka z terakoty

piątek, 10 kwietnia 2009
Obróbka kamienia brzytwą

Jakiś czas temu na blogu Będąc młodym fizykiem odbyła się dyskusja na temat teorii miękkiego kamienia, którą propaguje pan JK (ze względu na ustawę o ochronie danych osobowych nie będę ujawniać pełnego imienia i nazwiska, zresztą kto zajrzy głębiej i tak je zobaczy). Dyskusja, jak to zazwyczaj bywa, zeszła wówczas na boczne tory, bo i po prawdzie merytorycznie nie ma o czym dyskutować - teza, iż parę tysięcy lat temu kamienie były z powodu jakichś zmian grawitacyjnych miękkie i dawały się kształtować, jest naukowo równie istotna jak teza, iż piramidy egipskie zbudowali kosmici.

Nie wracałabym do tego wątku, gdyby nie fakt, że ostatnio Miękki Kamień kontratakował, a ja stałam się obiektem jego zmasowanego ataku za sprawą dwóch wpisów na blogu Antiquitates, poświęconych starożytnościom rzymskim. Przyznaję, że tez wyłożonych w pierwszym z otrzymanych od propagatora teorii MK komentarzu, dotyczącym łuków triumfalnych, nie pojęłam całkowicie moim ograniczonym umysłem, ponieważ okrutnie są pokrętne, a na dodatek nie dotyczą Miękkiego Kamienia, toteż pozwolę je sobie tu pominąć. Natomiast komentarz drugi, do wpisu o Via Appia, jest już wykładem głównej tezy pana JK, który efekt miękkości skał w czasach dawnych dostrzegł również w wyglądzie rzymskiego bruku, uważając go za... rzeźbiony w naturalnym podłożu skalnym. Uprzejmie odpisałam, że stratygrafia dróg rzymskich jest powszechnie znana, również w przypadku inkryminowanej Via Appia, ale obawiam się, że to nie będzie wystarczającym argumentem.

Zastanawiająca jest skądinąd odporność twórców tego rodzaju teorii na fakty. Jednym z przykładów "wyrzeźbionego w bazalcie" bruku rzymskiego ma być, zdaniem PT Komentatora, nawierzchnia Forum Romanum, zachowana w okolicy łuku Septymiusza Sewera. "Zdjęcie ujawnia, że rzymskie drogi nie były brukowane, lecz niwelowane, zas następnie rzeźbione w litej skale, w imitację bruku" - przeczytałam w komentarzu. Po pierwsze zdjęcie nic nie ujawnia, albowiem z tej perspektywy trudno cokolwiek w ogóle powiedzieć na temat techniki wykonania bruku, po drugie pan JK nie zadał sobie trudu sięgnięcia do najprostszego opracowania dziejów Forum Romanum, w którym przeczytałby, że między tzw. calcem, czyli warstwą naturalną, bez śladów działalności ludzkiej (która na dodatek wcale nie musi być skałą! do skały może być jeszcze całkiem daleko) jest na tym obszarze, bagatela, prawie trzydzieści nawarstwień, z czego większość to kolejne intencjonalne zasypywania i pawimentacje, mające na celu początkowo osuszenie znajdujących się w tym miejscu oryginalnie bagien, a następnie ulepszenie istniejącej powierzchni.

Z podobną dezynwolturą pomysłodawcy "niekonwencjonalnych" i "kontrowersyjnych" teorii traktują daty. W skrócie teoria Miękkiego Kamienia* przedstawia się tak, że 12 tysięcy lat temu (ciekawa skądinąd jestem, czy autor używa tego określenia poprawnie, czyli licząc daty "BeforePresent" z odjęciem 1950 lat) Księżyc "wpadł w orbitę Ziemi, co spowodowało wielką rewolucję grawitacyjną, w wyniku której w okresie ok. 6500-3500 lat temu powstały kultury megalityczne, do których autor zalicza również piramidy na obu kontynentach. W innym miejscu czytamy zaś, iż "ponad 4500 lat temu miękki bazalt dosłownie był wgniatany, jak ciasto, ciężarem wozów na kołach", a jeszcze dalej, że "miękkość skał w epoce megalitów wiązała się prawdopodobnie z przejściowymi zmianami grawitacji Ziemi, spowodowanymi bliskością Księżyca, które mogły mieć miejsce ok. 3200 - 2200 lat p.n.e.".

Nawet pobieżne przyjrzenie się temu zestawowi dat pozwala zauważyć, że to wszystko nie ma sensu. Właściwie można by zakończyć sprawę na wpadnięciu Księżyca w orbitę Ziemi w czasach neolitu - zważywszy, że wiek Księżyca szacowany jest na bodaj 4,5 miliarda lat, zastanawiające jest, gdzie się u diabła miał podziewać przez 99,9% czasu swojego istnienia? No i jakim cudem zaczynająca właśnie w owym czasie przechodzić na osiadły tryb życia ludność nie zaczęła z miękkiej skały budować od razu porządnych domów wzorowanych początkowo na jaskiniach, tylko z uporem godnym lepszej sprawy mieszkała w chatach wznoszonych w najlepszym razie z gliny? Co więcej, jeśliby nawet przyjąć, że zmięknięcie skał nastąpiło dopiero później (dlaczego?), czyli w "epoce megalitów", to i tak zastosowanie tak prostej techniki jedynie do monumentalnych grobowców nie miałoby sensu, bo kształtowanie miękkiej skały byłoby znacznie łatwiejsze niż produkcja suszonej cegły.

Na dodatek dalszy zestaw dat w powiązaniu z faktami i teoriami też nie ma sensu. Megality neolityczne i chalkolityczne, których powstanie można datować na czas ok. 4500 BC czyli ok. 6500 BP (rzekoma rewolucja grawitacyjna) po pierwsze nie potrzebowały żadnego kształtowania skały, są bowiem po prostu wielkimi kamieniami ustawianymi najczęściej w kręgi, po drugie miękkość skały jedynie by im przeszkadzała, albowiem grawitacja spłaszczyłaby tak ustawione miękkie głaz. A tymczasem one sobie stoją pionowo i mają się dobrze. Podobnie rzecz się ma ze Stonehenge, które zresztą jest młodsze, pochodzi bowiem już z epoki brązu po 3000 BC i powstawało fazami do ok. 1500 BC, czyli dokładnie w rzekomej epoce miękkości kamienia - sęk w tym, że znów gdyby było z miękkiej skały, to skała ta nie miałaby szans utrzymać jego formy. No chyba że metoda, którą prehistoryczne kultury utwardzały miękką skałę, czeka jeszcze na opis, oczywiście pióra JK.

Równie absurdalnie brzmi sformułowanie o bazalcie wgniatanym "ciężarem wozów na kołach", jakkolwiek bowiem koło wynaleziono wprawdzie w piątym tysiącleciu BC czyli istotnie dawniej niż "4500 lat temu" (zakładając, że autor świadomie i konsekwentnie rozróżnia datowanie BC i BP), ale transport kołowy dość długo nie był popularny, a pierwotnie koło stosowali głównie garncarze. Upowszechnieniu się transportu kołowego nie sprzyjał brak dróg, czy też raczej po prostu równych powierzchni - a przecież gdyby skały w czasie, gdy wynajdywano wozy i rydwany były miękkie, to bez problemu dałoby się ten problem ominąć i w niektórych zakątkach świata zapewne do dziś jeździłoby się po zniwelowanej i wygładzonej ręką człowieka, stwardniałej przez stulecia skale.

No a już całkowicie nie mieszczą się w tym przedziale czasowym budowle Majów czy Azteków, jako że klasyczna kultura Mezoameryki przypada na wieki V-VIII i nijak chronologicznie się nie ma ani do kultur megalitycznych epoki brązu w Europie i na Bliskim Wschodzie, ani do piramid egipskich.

Podsumowując, teoria miękkiego kamienia (rzeźbionych bruków zresztą też) nie wytrzymuje nie tylko w konfrontacji z faktami naukowymi, ale również z brzytwą pana Ockhama, wbrew bowiem temu, co się wydaje jej autorowi, niczego nie wyjaśnia, ale - gdyby ją przyjąć - stworzyłaby tylko nowe pytania, ponieważ świat najzwyczajniej do niej nie pasuje. Oczywiście mam nadzieję, iż wszyscy czytelnicy tego bloga wiedzą, iż poważne traktowanie tej tezy nie przyszłoby mi nawet do głowy - ot, takie ćwiczonko intelektualne sobie zrobiłam.


Przeczytałam sobie to, co dotychczas napisałam, i naszły mnie dwie myśli. Po pierwsze, że spóźniłam się o 10 dni. Dyskusja z takimi tezami doskonale pasowałaby na wpis primaaprilisowy. Po drugie, że teoria miękkiego kamienia ma jedną zaletę - jest przynajmniej oryginalna w stosunku do teorii wykorzystujących na dziesiątą stronę pomysły Ericha von Dänikena. A jako wielbicielka "Archiwum X", ale niekoniecznie jego klonów, z ulgą witam wszelką science fiction, gdzie wszystkiego nie tłumaczy się interwencją kosmitów. Obojętne, dobrych czy złych.

Yaxchilan

* Przedstawiam ją na podstawie wypisów dokonanych na Młodym Fizyku.

poniedziałek, 06 kwietnia 2009
Nocne towary mieszane

Było tak. Jadę sobie dziś przez nocny Kraków, a raczej chwilowo stoję na światłach na skrzyżowaniu Kapelanki i Monte Cassino (ulicy, która jak wieść gminna niesie omal nie została nazwana "Obrońców Monte Cassino", co miało szanse być największą wpadką nazewniczą w tym pięknym mieście), i oto moim oczom ukazuje się billboard naprzeciwko, a na billboardzie reklama najnowszej kolekcji przez rzeczoną Gazetę wydawanej. Niewiele brakowało, bym ze zdumienia przegapiła zmianę świateł, a że ruchu nie było, przy dużym pechu mogłabym tkwić tam do teraz w stuporze.

Kolekcja ta bowiem zatytułowana jest "Święte Księgi. Biblia, Tora, Koran" (szczegóły tutaj). Ja już pomijam fakt, że może warto by przybliżyć Polakom pisma również innych religii (sęk w tym, że zapewne nie ma sensownych przekładów ksiąg buddyjskich, hinduskich czy Awesty, choć w przypadku tych pierwszych może jednak, zważywszy, że buddyzm jest w Polsce dość popularny), ale zastanawia mnie przede wszystkim, czy ktoś pomyślał, że tak przedstawiona kolekcja sugeruje, że albo tzw. Pięcioksiąg Mojżeszowy, alias Pentateuch, alias Tora, po prostu znajdzie się w tej kolekcji dwa razy - raz jako "Tora" judaistyczna, raz jako część "Biblii", jak rozumiem, uważanej tu za świętą księgę chrześcijaństwa, albo też będzie tak, że "Biblia" zostanie pozbawiona pięciu pierwszych ksiąg. Albo że będzie w niej tylko tzw. Nowy Testament?

Opis kolekcji na przytoczonej stronie rozwiewa co nieco te wątpliwości, będzie bowiem tak, że "Tora" zostanie zaprezentowana w przekładzie na polski Izaaka Cylkowa, czyli judaistycznym, "Biblia" zaś w przekładzie katolickim. Hmmm... No jakiegoś sensu można się w tym jest dopatrzeć, zwłaszcza jeśli rzecz będzie zaopatrzona w komentarze (aczkolwiek obawiam się, że porównywanie przekładów nie stanie się ulubionym zajęciem nabywców tej kolekcji, a poza tym może lepiej byłoby dać jeden w miarę neutralny przekład całości, ale za to z trzema komentarzami, bo przecież Biblia jest również świętą księgą islamu...), ale nie zmienia to faktu, że coś mi w tej reklamie nie gra. Może to, że w świadomości statystycznego Polaka utrwali przekonanie, niestety pokutujące tam dość często, że Biblia hebrajska (żydowska) i Biblia chrześcijańska to dwie różne księgi. No dobra, powie ktoś, trochę różne, zwłaszcza jeśli wziąć katolicką właśnie, która włącza tzw. księgi deuterokanoniczne (w innych językach, np. angielskim, zwane apokryfami, co powoduje pewne niejasności, bo tak samo określa się te księgi, które do żadnego kanonu nie weszły, oraz teksty tworzone nawet w średniowieczu i później). Co więcej, takie rozdzielenie jakoś dziwnie usprawiedliwia wypowiedzi, których świadkiem zdarzało mi się być np. podczas egzaminów wstępnych, kiedy to maturzyści z absolutnym przekonaniem twierdzili, że oryginalnym językiem Biblii jest łacina. W takim ujęciu, kiedy Torę traktuje się jak inną księgę, wcale mnie to nie dziwi.

Oglądanie raz za czas teleturniejów, w których trzeba się wykazać jakąś wiedzą (inna sprawa, że znikają jak grzyby po deszczu po przejściu grzybiarzy) umacnia mnie w przekonaniu, którym już się tu kiedyś dzieliłam, że statystyczny Polak ma nikłe pojęcie nawet o religii, którą statystycznie (w każdym razie w badaniach robionych na zlecenie kościoła katolickiego) wyznaje. Niedawno w Milionerach całkiem skądinąd inteligentny gracz bez większego wahania uznał Jakuba i Ezawa za synów Abrahama, powołując się przy tym na fakt, że "czytał Pismo" (piszę wielką literą, ponieważ namaszczenie, z jakim wypowiedział to słowo, podpowiada taką ortografię). Reklama najnowszej inicjatywy GW niestety w wielkim stylu potwierdza tę tezę i utrwala niedobre przyzwyczajenia.

Kovalam, Indie
czwartek, 26 lutego 2009
Przecz z płaczem idziesz, Arpinie wymowny?

Pomimo aluzji do Cycerona nie będzie o Rzymie. Przywołałam te słowa Kochanowskiego (Tren XVII) w związku z potężnym poczuciem zniesmaczenia, jakie wywołuje we mnie ciągnąca się chyba od kilku miesięcy "afera" - i z góry przepraszam za nadmiar cudzysłowów w tej notce - związana z byłym premierem i jego "dziewczyną". Spuszczę zasłonę miłosierdzia na "poetyckie" "osiągnięcia" tej osoby, bo zajmowanie się nimi uwłacza średniej nawet inteligencji. Zresztą niesmaczą mnie one w całej tej sprawie stosunkowo mało - internet jest w końcu doskonałym azylem dla grafomanów wszelkiej maści i nie ona pierwsza ani ostatnia.

I zapewne nawet nie napisałabym tej notki, bo prywatne sprawy 99,9% celebrytów jakichkolwiek, aktorów czy polityków, mnie nie obchodzą. Co więcej, uważam, że ludzie powinni się łączyć w pary zgodnie z aktualnymi uczuciami, a nie trzymać kurczowo wypalonych związków. No więc nie napisałabym o tym nic, gdyby nie dzisiejszy news na ten temat czyli nagłe zniknięcie wartości rodzinnych z oficjalnego internetowego wizerunku byłego premiera. Ponieważ, jak już wspomniałam, nie stoję na kościelno-pisowskim stanowisku w kwestiach obyczajowych, nie oburza mnie fakt rozstania się z żoną przez BP. Chodzi wyłącznie o kwestię stylu. I znów - nawet nie o żałosne obnoszenie się z romansem w mediach. Ale o to całkowite przemilczenie zmiany poglądów pod wpływem życia.

Nie chcę rozważać czy uczucie BP do "dziewczyny" (i w drugą stronę) jest autentyczne, mało mnie to interesuje. Nie chcę wybrzydzać się na media, które robią z tego sensację na przemian z pośmiewiskiem. Chciałabym jednego: żeby zamiast chyłkiem się wycofywać, były premier miał odwagę cywilną przyznać się, że głoszone niegdyś przez niego poglądy w kwestiach moralno-obyczajowych nie wytrzymały konfrontacji z rzeczywistością. Żeby potrafił powiedzieć milionom Polaków, że się mylił. Dać im do zrozumienia, że może czasem warto się zastanowić nad bezmyślnym trwaniem przy nakazach stróżów moralności, którzy zazwyczaj niewiele wiedzą o problemach, o których ex cathedra głoszą.

Gdyby takie przesłanie dotarło choćby do jednej maltretowanej kobiety, która nie ucieka od męża, bo ksiądz jej zabronił, byłoby to może największym osiągnięciem byłego premiera w całej jego karierze politycznej.

A dlaczego Kochanowski i Cyceron? Otóż w cytowanym w tytule Trenie (a cykl ten jest zdecydowanie przemyślanym traktatem filozoficznym, a nie "wyrazem bólu ojcowskiego", jak uczy nas szkoła) Kochanowski kontynuując swoją rozprawę ze stoicyzmem, odwołuje się do znanego epizodu z życia Cycerona, który porzucił stoickie ideały nieprzejmowania się i nieokazywania nadmiaru uczuć, zarówno pozytywnych i negatywnych, kiedy umarła jego ukochana córka Tullia, którą skądinąd za życia potraktował wybitnie przedmiotowo, wydając za mąż za wyjątkowego drania w celach wyłącznie "politycznych".

Swoją tyradę do Cycerona (pochodzącego z miasta Arpinum na południe od Rzymu), stąd ten "Arpin wymowny", kończy Kochanowski tak:

Wywiódłeś wszytkim, nie wywiódłeś sobie;
Łacniej rzec, widzę, niż czynić i tobie...

Słowa te dedykuję byłemu premierowi, którego pouczenia w kwestiach moralności wciąż nie zostały przez niego odwołane, mimo że sam postąpił całkowicie wbrew nim.

Rzym, luty 2009

sobota, 29 listopada 2008
Polacy, my lubim pomniki...

Głośno się ostatnio zrobiło o najbrzydszych pomnikach a to Krakowa, a to Polski. I rzeczywiście - jak człowiek na nie patrzy, to chciałby zamknąć oczy i zapomnieć. Ale nie zamierzam wracać do tego, o czym już pisałam i to w sumie nie raz. Przegląd tych ogólnokrajowo najbrzydszych uświadomił mi coś, co też już od jakiegoś czasu kołatało mi się po głowie, tyle że jak dotychczas poruszało głównie w związku z wystawianiem przez rozmaite teatry tragedii antycznych. Mianowicie że współcześni twórcy w dramatycznym wręcz stopniu nie rozumieją tradycji, do której - na nieszczęście swoje i odbiorców - bardzo lubią się odwoływać.

Tym razem moją uwagę zwróciły dwa elementy. Po pierwsze koszmarkowata kolumna, na której następca Mariana Koniecznego na stanowisku głównego rzeźbiarskiego ideologa kraju czyli Czesław Dźwigaj umieścił posąg Piotra Skargi (po prawdzie Konieczny bywał przynajmniej lepszym rzeźbiarzem i artystycznie jego Lenin na Placu Centralnym w Nowej Hucie był o niebo bardziej udany od wszystkich papieży i marszałków Dźwigaja). Kolumna ta mianowicie składa się z całkowicie nieprzystających do siebie części: bazy, która nie wiadomo czym ma być (niby jakieś tam nawiązanie do baz jońskich jest, ale proporcje rozpaczliwie nie te), pękatego gładkiego trzonu z polerowanego marmuru (chyba) oraz kapitela korynckiego, którego rozmiar kompletnie nie pasuje do całej reszty. Na dodatek z niewiadomych powodów baza i kapitel są z kamienia ciemnego, trzon natomiast z jasno szarego.

Problem w tym, że kapitel koryncki, który mimo iż wynaleziony w połowie V w., w rodzimej Grecji nie zyskał wielkiej popularności, był bardzo chętnie wykorzystywany w architekturze zarówno antycznej rzymskiej, jak i później w renesansie, baroku i klasycyzmie oraz wszelkiego rodzaju eklektyzmach. Zawsze jednak architekci starali sie trzymać jednej zasady: porządek koryncki jest de facto odmianą jońskiego, a ten ostatni cechuje się przede wszystkim smukłością, trzony kolumn są wąskie i wysokie, a kapitel nigdy nie ma wysokości równej 1/3 trzonu, a tak jest mniej więcej w kolumnie Dźwigaja. Baza zresztą ma w tym nieszczęsnym pomniku jakąś 1/4 wysokości trzonu, co również pozostaje w sprzeczności z wszelkimi zasadami architektonicznymi. Jeśli zaś chodzi o sam trzon, to po pierwsze takie gładkie zdarzają się jedynie w nieukończonych świątyniach (co stanowi argument na rzecz tego, że żłobkowania wykonywano dopiero po ustawieniu kolumn), a poza tym owszem, lekkie zgrubienie należało do arsenału środków mających wizualnie uprawdopodobnić architekturę grecką (entasis imitowała uginanie się kolumn pod ciężarem belkowania i dachu), ale jest charakterystyczne głównie dla stylu doryckiego. Jak zatem widać, profesor Dźwigaj lekcji z architektury starożytnej nie odrobił.

Drugi ślad bezmyślnego i nieudanego odwoływania sie do antycznej tradycji znalazłam w pomniku studenta znajdującym się w Katowicach. Tu, jak dowiedziałam się z artykułu, do którego link niestety zapodziałam, zamiarem autora było nawiązanie do archaicznego greckiego typu kurosa czyli młodzieńca. Sęk w tym, że z kurosa zostało tu niewiele, mimo że teoretycznie można wyliczyć sporo szczegółów: po trochu fryzura (nijak się nie mająca do przedstawienia studenta...), po trochu jakiś ślad tzw. archaicznego uśmiechu, wysunięta lekko do przodu lewa noga (spuścizna egipska w rzeźbie greckiej), a także dłonie ze zwiniętymi prawie w pięść palcami. No i nagi tors - bo resztę ciała, u kurosa obowiązkowo w całości nagiego, ubrano w spodnie (ponoć dżinsy). Tylko jakoś coś tu nie gra. I nawet nie te nieszczęsne spodnie jako takie, aczkolwiek przyczyniają się do tego, że rzeźba traci proporcje, staje się w dolnej partii ciężka w porównaniu z górną. Bo gdyby artysta zabawnie i twórczo sobie pograł z tradycją, nie miałabym nic przeciwko. Może trzeba było dokładnie odtworzyć kształt kurosa (bez obracania lekko w bok głowy, bez przede wszystkim nakrywania jej nieproporcjonalnym biretem, bez tego lekkiego skrętu w biodrach i z nieco inaczej ułożonymi rękami), a następnie po prostu "włożyć mu" spodnie, jak również np. opięty na torsie podkoszulek (zrównoważyłoby to nieco górę i dół rzeźby).

Oczywiście nawet gdyby ta rzeźba miała nieco więcej sensu stylistycznego, zagadką wciąż by dla mnie pozostało, dlaczego na wzór dla studenta wybrano akurat kurosa, który nijak nie wiąże się tematycznie z edukacją, a to, że przedstawia młodzieńca, to chyba nieco za mało. Jeśli miałabym szukać w charakterystycznych typach rzeźby starożytnej, to może prędzej zdecydowałabym się na egipskich skrybów - w końcu żywot studenta w dużej mierze polega na robieniu notatek... Ale znowu autor rzeźby najwyraźniej obijał się na zajęciach z historii sztuki i pozostało mu w głowie jedynie to, co najbardziej znane.

Oba te przykłady pokazują, że współcześni autorzy pomników w Polsce jeśli nawet podejmują stylistykę tradycyjną, to nie potrafią naprawdę wejść z nią w dialog, ponieważ najwyraźniej jej nie rozumieją. Nie pojmują, że pastisz jest wyolbrzymieniem cech charakterystycznych, w związku z czym nie może modyfikować ich podstawowych założeń; nie rozumieją, że kanony służyły niegdyś zachowywaniu proporcji, których swobodne łamanie nie wychodzi dziełu na dobre. Nie potrafią także odnieść się do tego, co ideowo stało za takim czy innym przedstawieniem - w przypadku kurosów chodzi przede wszystkim o kształtujący się wówczas, tak charakterystyczny dla kultury greckiej podziw dla piękna ciała ludzkiego i poszukiwanie jego idealnego sposobu przedstawiania. Takie niezrozumienie prowadzi do tego, że zamiast inteligentnej zabawy z tradycją otrzymujemy półprodukt - niby zabawny, ale jakoś tak hybrydycznie nijaki.

A szkoda, bo umiejętna gra z tradycją może dawać bardzo sympatyczne efekty. Pięknie elementy antyczne potrafili przetwarzać nie tylko artyści epok klasycyzujących, ale np. secesji i ogólnie modernizmu. (Na Antiquitates co prima aprilis zamierzam zresztą pokazywać takie udane pastisze czy wariacje na temat, bo czasem naprawdę warto.) Dziś twórcy pomników zachowują się tak jak ten reżyser, który w finale Orestei Ajschylosa urządza esemesowe głosowanie mające przesądzić o winie i dalszym losie Orestesa, zapominając (a może nigdy nie wiedział?), że chodzi tam głównie  o przebaczenie, zmazanie win udzielone przez bogów w imię boskiego prawa.

I tak sobie piszę te luźne uwagi i zastanawiam się, skąd się to wszystko bierze i oczywiście znam odpowiedź: ze szkoły, która ostatnio nijak nie uczy rozumienia, a nauczyciele też mają często nędzne pojęcie o tradycji i jej powiązaniach z różnymi epokami. I nagle przypomniała mi się pewna dyskusja o programie studiów na kierunku szumnie zwanym mniej więcej kulturoznawstwem. W odpowiedzi na sugestię, iż przeciętny student nie ma pojecia o początkach sztuki i estetyki, pewna bardzo w polskiej humanistyce Ważna Osoba wypowiedziała takie oto słowa skrzydlate: "a po co ich uczyć o tym, co było przed romantyzmem?" Cóż, ryba, jak wiadomo, psuje się od głowy...

Olimpiejon ateński

PS. Tytuł notki pochodzi oczywiście z wiersza Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego pt. Pomnik studenta, który choć napisany w roku 1947 w kwestii polskiej pomnikomanii i jej związków z rzeczywistością nie stracił ani na grosz aktualności.

środa, 12 listopada 2008
Popis talibański

Z absolutnym szokiem przeczytałam o najnowszym pomyśle rządu i pisowskiej opozycji (co już samo w sobie jest haniebne, zważywszy, że PO wygrała głosami sprzeciwu wobec PiS) dotyczący "usuwania pomników gloryfikujących komunizm, nazizm czy zwalczających postawy patriotyczne". Pomijając to, że sarmacko-romantyczno-martyrologiczna definicja "postaw patriotycznych" propagowana od lat w naszym kraju wydaje mi się w swej wymowie wysoce wątpliwa, a nawet wręcz szkodliwa, zwłaszcza zważywszy całkowite przemilczanie w tej propagandzie postaw pozytywistycznych, to, co przeczytałam dalej, sprawiło, że poczułam otwierający się w kieszeni nóż.

Nie wiem, co chcą uzyskać politycy poprzez taki zapis, dający na dodatek pełną swobodę urzędnikom sprawującym swą władzę z namaszczenia partii, czyli wojewodów. Pomnik jako dzieło należy do sfery kultury. Dzieła sztuki są lepsze lub gorsze w sensie artystycznym - i jeśli mają istnieć w przestrzeni publicznej, to powinno się je oceniać wyłącznie pod tym kątem. Nie miałabym nic przeciwko wrzuceniu do muzeum PRL paskudnych, szpecących krajobraz czy fasady budynków tablic czy pomników, ale pod dwoma dodatkowymi warunkami (pierwszym jest zapewnienie im miejsca w muzeum): że nie będzie to dotyczyć wartościowych dzieł sztuki i że przestrzeń publiczną wokół nas zapełnią dzieła piękne i mające artystyczny walor. A w cytowanym artykule przeczytałam, że jedną z pierwszych ofiar nowych przepisów może paść słynna rzeźba autorstwa Władysława Hasiora.

Równocześnie Polskę zalewa dusząca fala ohydnych pomników papieża, a o ich ustawianiu decydują czynniki nie mające nic wspólnego z poziomem artystycznym - swoją drogą dlaczego kościół, który kiedyś potrafił patronować budowniczym katedr gotyckich, Michałowi Aniołowi czy Mozartowi dziś rękami i nogami broni się przeciwko dobrym projektom architektonicznym i promuje kicz zarówno w sferze sztuki, jak i muzyki? Oczami wyobraźni zobaczyłam właśnie jakiś kolejny papieski lub bogoojczyźniany koszmarek, który stanie na miejscu "Żelaznych organów" Hasiora na przełęczy Snozka, bo przecież cokołów się zazwyczaj nie niszczy, więc coś trzeba będzie ustawić, żeby przyszłe pokolenia nie zaczęły przypadkiem dociekać, co kiedyś stało na pustym postumencie.

Co więcej - niedawno na Rynku krakowskim stały dwie rzeźby (nie licząc wątpliwej urody, za to zadomowionego Mickiewicza): głowa Mitoraja i rzeźba jakiegoś włoskiego artysty, którego nazwiska zapomniałam, zatytułowana bodajże "Romeo i Julia". Żadna z tych rzeźb do Rynku akurat naprawdę nie pasowała (choć ta druga pozwalała sfotografować elementy architektoniczne w ładnej ramie), ale ten "Romeo i Julia" to jak dla mnie była lepsza rzeźba jako rzeźba. Bezpretensjonalna, idealna do umieszczenia w zieleni, chociażby na pobliskich Plantach. Ale znikła i nie wiadomo, co się z nią stało, zapewne artysta zabrał. A szkoda, bo miała lekkość formy, której w polskim krajobrazie bardzo brakuje. Tymczasem Mitoraj jak stał tak stoi, bo miasto boi się, że artysta się obrazi. Mimo że wszyscy zgodnie twierdzą, że akurat ta rzeźba lepiej sprawdziłaby sie na placu dworcowym przed Galerią Krakowską. Na dodatek ze wszystkich rzeźb Mitoraja, jakie widziałam, ta podarowana Krakowowi jest jedną z najsłabszych. Moja ogólna opinia o tym artyście bardzo wysoka nie jest, ale nie przeczę, że również nieźle by się sprawdzał w przestrzeni parkowej na przykład.

Ale wróćmy do talibańskiego wymysłu polityków. Starożytni - bardziej praktyczni? mniej egzaltowani? - mieli obyczaj, który nas czasem dziwi, śmieszy czy przestrasza, ale w sumie jest chyba sensowniejszy - w każdym razie w porównaniu z niszczycielskimi zapędami decydentów w Polsce. Mianowicie już w Egipcie istniał zwyczaj, rozpowszechniony później zwłaszcza w Rzymie, "przywłaszczania" sobie pomników wystawionych przez kogoś wcześniej. Po prostu skuwano oryginalne napisy, wstawiano następne i tak posąg faraona sprzed kilkudziesięciu lat nabierał aktualności. Bardzo często obywało się bez niszczenia tkanki dzieła, które sobie stało jak stało, niepomne ideologicznych zabiegów wykonywanych wokół niego.

Wróćmy również do Hasiora, bo to los jego rzeźby poruszył opinię. "Organy" mogą się podobać albo nie, tablica do nich przykuta tym bardziej, ale w samej formie tego pomnika nie ma nic, co w jakikolwiek sposób nawiązywałoby do treści napisu na tejże tablicy. Oznacza to, że wystarczyłoby zdjąć tablicę i zastąpić ją inną (z nazwiskiem twórcy i rokiem wykonania chociażby) i mało komu przyszłoby do głowy zastanawiać się nad okolicznościami, w jakich rzeźba powstała. A nie zapominajmy, że jest to dzieło wybitnego artysty, uznanego na świecie, taki element krajobrazu, z którego można by uczynić atrakcję turystyczną. Pomijam to, że cała ta otoczka z okolicznościami powstania przydawałaby w oczach zagranicznego turysty smaczku całej sprawie. Ale w Polsce ważniejsza jest Idea niż np. promocja kraju za granicą. Efekt jest taki, jaki opisałam mniej więcej dwa miesiące temu - same wypromowały się stag parties i tanie piwo i teraz nie wiemy, jak sobie z wynikającym z tego wstydem poradzić.

Na koniec wróćmy do tego, co chcą osiągnąć politycy. Przecież chyba nie wymazanie pamięci, nie wykreślenie pewnych kart historii - bo tego się nie da zrobić. Wszystkie napisane w XX w. antyutopie są o tym, że choćby nie wiem, jak się władza starała, ktoś jednak przemyci ziarenko prawdy o tym, jak było, ocali kilka książek, sprzeciwi się zuniformizowanemu życiu. Ideologie jakoś dziwnie lubią walczyć ze sztuką - może dlatego, że jest ona przestrzenią wolności, co pokazują chociażby te nieszczęsne "Organy", jako dzieło całkowicie od ideologii wolne. Dlatego w okresach i miejscach, gdzie ideologia stawała się ważniejsza od rozsądku, tradycji i historii, burzono pomniki i niszczono dzieła sztuki. Czasem oglądamy je teraz, okaleczone, w muzeach. Jeśli organy Hasiora zabrać ze Snozki, to w muzeum nie zagrają - bo zostały zaprojektowane tak, żeby wiatr na przełęczy ożywiał piszczałki. Będą martwym przedmiotem, świadectwem w znacznie mniejszym stopniu kontekstu swojego powstania, a w znacznie większym ignorancji i małostkowości polityków w 2008 roku.

Senator przerobiony na świętego

PS. A propos modeli patriotyzmu poniewczasie przypomniała mi się anegdota o największej wpadce, jakiej cudem uniknęła rada miasta Krakowa-mianowicie jedną z ulic zamierzano nazwać 'Obrońcow Monte Cassino', ale ktoś w ostatniej chwili zorientował się, jak akurat tam było. Se non é vero, é ben trovato, ale nieźle ilustruje stereotyp Polakow w ich własnych oczach.

wtorek, 04 listopada 2008
Filipiki Olivera S.

Pisałam już, że nie ma to jak artykuły gazetowe jako pożywka dla bloga, prawda? Dziś znalazłam dość nieoczekiwany cymesik, który jedakowoż wyjątkowo bardziej mnie rozbawił niż zirytował. Chodzi mianowicie o tekst zamieszczony na portalu gazeta.pl, ale najwyraźniej pochodzący z "Polityki", zatytułowany Kariera Nikodema Busha i traktujący o filmie Olivera Stone'a poświęconym młodości ustępującego prezydenta USA. Nie zamierzam się wypowiadać w kwestii oceny prezydentury Busha ani też jego osobowości, nie zamierzam również zabierać głosu w kwestii jutrzejszych amerykańskich wyborów. Nie zamierzam też po raz n+1 wykładać mojego głębokiego przekonania, że zachowanie w młodości nijak nie powinno rzutować na opinie o człowieku, kiedy bierzemy pod uwagę jego późniejsze dokonania. Nie chcę również - w każdym razie w tej chwili, bo do tego może kiedyś wrócę, ale w mniej gorącym politycznie czasie, bo nie chodzi mi o dorywczą publicystykę - wdawać się w rozważania na temat tego, że wybitny intelekt i bycie dobrym (skutecznym) władcą rzadko idą w parze i Marek Aureliusz jest tu chwalebnym wyjątkiem.

Tym, co mnie rozbawiło i to do łez (a dlaczego aż tak bardzo, to ujawnię na końcu) jest ton tego artykułu, który dzieło Stone'a traktuje tak poważnie, jakby miał do czynienia z rozprawą najwybitniejszego specjalisty od historii i polityki Stanów Zjednoczonych. Wprawdzie artykuł nie jest laurką dla filmu, ale jego autor wyraźnie utożsamia się z poglądami reżysera i niemalże przedstawia to dzieło - pomimo przyznania, że nie jest ono bez wad - jako bryk dla uczniów z historii najnowszej.

Jak na warsztatowo poprawną dziennikarską robotę przystało, autor tekstu wrzuca w swój recenzjo-felieton garść informacji o dotychczasowych dokonaniach twórcy. W kontekście artykułu interesujące jest to, że całkowicie pominięta została spektakularna wpadka Stone'a - "Aleksander". Ciekawe przede wszystkim dlatego, że porównanie z tym filmem mogłoby podać w wątpliwość wszelkie psychologiczne czy historyczne wnioski, jakie wysuwa Stone... Gdyby bowiem postacie historyczne oceniać wedle tego, jak je pokazał Oliver Stone, to Macedończyk wychodzi na żałosnego, płaczliwego idiotę, który z niejasnych dla widza (ale za to mocno Freudem podszytych) powodów ciągnie za sobą wielkie wojsko do Azji i żywcem nie wiadomo, jakim cudem ją podbija...

Sekwencję bitwy pod Gaugamelą poprzedza bardzo piękna panorama równiny z lotu ptaka (dosłownie, mamy krążącego orła), a potem następuje takie ględzenie na dodatek w mało przekonującym wykonaniu Colina Farrela, że żołnierze tej armii powinni byli cichutko złożyć broń na ziemi i wycofać się rządkiem z powrotem do Grecji - Aleksander Stone'a/Farrela zapewne by tego nawet nie zauważył. Jest nawet szansa, że i Persowie Dariusza by się z nudów pospali i żadnej bitwy by nie było i w końcu wszyscy poszliby z ulgą do domu. Zwłaszcza widzowie, którym zostałyby oszczędzone kolejne dwie godziny ględzenia oraz okropnych fryzur i makijażu rodem z gejowskiego harlequina.

Zostawmy jednak na chwilę Stone'a i jego wątpliwe arcydzieło, pozostańmy natomiast przy historii Grecji w IV w. BC. Oceniać kogokolwiek na podstawie filmowej publicystyki tego reżysera to tak jakby oceniać Filipa Macedońskiego wyłącznie na podstawie mów Demostenesa. Co więcej, analogia jest o tyle zabawnie trafna, że Filip - skądinąd jeden z moich ulubieńców, jeśli chodzi o postacie historyczne - znany był z wielkiego zamiłowania do nierozcieńczanego wina, kobiet i ogólnie hulaszczego trybu życia, nie był też raczej intelektualistą, ale był na tyle inteligentny, żeby bardzo dużo zapłacić za wykształcenie syna, a także w zgodzie z już kilkupokoleniową tradycją dworu macedońskiego zatrudniał najwybitniejszych artystów. I jedno nie ulega wątpliwości: Filip był władcą wybitnym, podczas gdy z mów Demostenesa wyziera mały, wredny, żałosny człowieczek, pijaczyna, którego jedyną ambicją jest zniszczyć Ateny. Demostenes nie dostrzega, że mieszkający przez kilka lat w Tebach jako zakładnik młody Filip nie tylko przesiąkł miłością do kultury helleńskiej, której ton nadawali w dużej mierze Ateńczycy, nie zauważa również, że również w polityce nauczył się bardzo dużo od wybitnych wodzów tebańskich owego czasu.

Jeszcze raz podkreślam - nie tworzę tu apologii George'a W. Busha, do którego zresztą również nic szczególnie nie mam. No i analogia przebiega w sumie raczej na linii Demostenes-Stone, a nie Filip-GWB. Bawi mnie tylko wiara dziennikarza "Polityki" w to, że oparty na źródłach wyłącznie prasowych ("bo archiwa jeszcze nie są otwarte") film człowieka znanego ze swej nienawiści do republikanów, może być rzetelny jako ocena sytuacji.

A bawi mnie to szczególnie dlatego, że nieco ponad miesiąc temu, bawiąc jeszcze w Londynie, pojechałam do Cambridge posłuchać, co mają do powiedzenia różne sławy od historii starożytnej podczas konferencji poświęconej władzy królewskiej głównie w Macedonii, państwach hellenistycznych i Persji. Ci, którzy znają mój numer gadu-gadu wiedzą, że jakiś czas po przyjeździe z tej konferencji miałam opis "amica veritas, sed...", będący parafrazą znanej maksymy "amicus Plato sed magis amica veritas": przyjacielem Platon, lecz większą przyjaciółką prawda. Było tak dlatego, że od dawna obiecywałam sobie, że jeśli kiedykolwiek zdarzy mi się spotkać osobiście niejakiego Robina Lane'a Foxa - oksfordzkiego historyka i konsultanta nieszczęsnego filmu Stone'a - to zapytam go, jak mógł się zgodzić na takie przedstawienie postaci Aleksandra i na takie idiotyzmy w wizerunku epoki.

Spotkałam. Rozmawiałam. Nie zapytałam. 

Nie zapytałam, ponieważ znajomość z Robinem Lanem Foxem może być cenniejsza od wygarnięcia mu, że wziął udział w powstaniu tak niemożebnego filmowego gniota. A poza tym RLF jest w sumie sympatycznym, bardzo brytyjskim i bardzo momentami w swojej dziewiętnastowiecznej brytyjskości zabawnym człowiekiem.

To wszystko jeszcze nie tłumaczy, dlaczego ton artykułu z "Polityki" tak mnie rozbawił, więc na zakończenie spieszę z odpowiedzią. Otóż rzeczony RLF miał na tej konferencji wykład, skądinąd całkiem niezły, ale za to okraszony puszczanymi zamiast prezentacji fragmentami wzmiankowanego powyżej wątpliwego arcydzieła, do którego się przyczynił. Po tym wykładzie, dość już późnym wieczorem, wracałam do college'u, w którym byliśmy wszyscy zakwaterowani, z niewielką grupką osób, wśród których był m. in. inny wybitny specjalista od epoki. I tenże człowiek rzucił w pewnym momencie w przestrzeń (również iście brytyjskim tonem z charakterystycznym understatement) takie oto słowa skrzydlate: "So now the Stone movie has become archaeological evidence..." [A więc ten film Stone'a stał się świadectwem archeologicznym...]

 Demostenes, British Museum

sobota, 25 października 2008
Bogowie od tego nie umarli...

Cóż, nie ma to jak artykuły prasowe jako pożywka dla bloga... Tym razem chodzi o skądinąd wielce słuszną wypowiedź Andrzeja Romanowskiego na temat papieskich pomników*, w ogólnym założeniu współbrzmiącą z tym, co jakiś czas temu na ten temat pisałam.

Na marginesie tego tekstu - a raczej dwóch jego niewielkich fragmentów - przypomniała mi się natomiat kwestia, o którą już jakiś czas temu zahaczałam, a która nagle teraz ukazała mi się z dość niespodziewanej strony. Chodzi mi mianowicie - co chyba zresztą dość łatwo przewidzieć - o sformułowania w rzeczonym tekście odwołujące się do pogaństwa w pogardliwym i deprecjonującym tonie - jako przeciwstawienia Jedynej Prawdziwej Religii... przepraszam, Wiary (tendencję do odróżniania różnych mniej lub bardziej nieprawdziwych religii oraz wyznań od jedynej prawdziwej wiary zaobserwowałam ostatnio w wielu wypowiedziach o orientacji katolickiej).

Oto inkryminowane cytaty, na wypadek gdyby ktoś nie miał ochoty czytać całości: "Te pomniki nie mogą być świadectwem naszej wiary. One świadczą raczej o naszym pogaństwie." I na samym końcu: "[Te pomniki] przez długie lata będą świadczyć o infantylizmie, w który popadliśmy. Bo dziś, za rządów prawicy, zmęczeni wyżynami 'Solidarności', tacy właśnie jesteśmy. Małe dzieci potrzebujące maskotek, naiwni poganie czczący złotego cielca."

Przeczytawszy te słowa, po raz pierwszy chyba w życiu miałam ochotę upomnieć się o polityczną poprawność. Jakiś czas temu bowiem uświadomiłam sobie, że - zwłaszcza w Polsce i języku polskim - są grupy, których włączenie w obręb tejże nikomu nie przyjdzie do głowy, podczas gdy na zachodzie na takie dictum z pewnoscią oburzyliby się przedstawiciele religii wicca oraz kilku, jeśli nie kilkudziesięciu wyznań neopogańskich. I bardzo słusznie, bo jeśli upominamy się o prawa jakiejkolwiek grupy, to konsekwentnie powinniśmy te same prawa stosować do wszystkich. I jeśli za niepoprawne politycznie uważamy takie wyrażenia - które zadomowiły się w języku w całkowitym oderwaniu od swojej etymologii - jak "ocyganić" czy "oszwabić", jako godzące w dobre imię odpowiednich grup etnicznych, to jakim prawem mówimy na przykład o "pogańskiej godzinie" (w odniesieniu do bardzo wczesnego wstawania)?

A tym bardziej jakim prawem profesor zacnych instytucji naukowych i publicysta mediów uważanych za liberalne posługuje się porównaniami obrażającymi inne religie? Kilkadziesiąt lat temu publicysta napisałby zapewne o złotym cielcu w jego kontekście biblijnym, z księgi Exodus. Dziś wzmianka, że czcili go Izraelici w trakcie wędrówki do Ziemi Obiecanej mogłaby wypaść niedobrze z punktu widzenia politycznej poprawności. Ba, kilkadziesiąt lat temu publicysta zapewne nie miałby żadnych wahań, żeby w miejscu pogan postawić żydów** jako tych, którzy odrzucili prawdziwe światło wiary itd. Dziś nie wypada.

Poganie natomiast uchodzą najwyraźniej za jakiś wymarły gatunek, jakąś muzealną ciekawostkę, naiwne dzieciństwo ludzkości. Pomijam fakt, że dla mnie osobiście dość problematyczną jest sama definicja pogaństwa. Nawet w polskiej wikipedii czytamy: "Pogaństwo - określenie (często o wydźwięku negatywnym), zazwyczaj używane przez wyznawców religii monoteistycznych (...) w stosunku do wyznawców innych religii, głównie politeistycznych i animalistycznych" i dalej "Słowo 'poganin' czasem bywa również niepoprawnie używane jako obraźliwy synonim słowa 'ateista'." Poza tym w polskim artykule jest tylko króciutka notka etymologiczna, podczas gdy, co charakterystyczne, angielska wikipedia zawiera obszerny artykuł poświęcony różnym odmianom historycznych i współczesnych wierzeń określanych tym terminem.

Angielski artykuł w wikipedii otwarcie, polski zaś implicite zalicza do religii "pogańskich" np. hinduizm - najważniejszą dziś religię politeistyczną świata. Podejrzewam, że Andrzej Romanowski - ze względu na polityczną poprawność - nie wypowiedziałby się pogardliwie o wyznawcach hinduizmu, mimo że z punktu widzenia doktryny katolickiej nie różnią się oni od wyznawców starożytnej religii celtyckiej, egipskiej czy greckiej. Dla katolika nie są zapewne religijnie "bardziej poważni", dla światłego publicysty - muszą być, ponieważ są licznie reprezentowani w populacji ziemskiej. I obawiam się, że światły publicysta instynktownie zaprzeczyłby, jakoby hinduiści mieli być poganami - bo przecież nie wypada.

W polskim kontekście tekstu Romanowskiego "pogaństwo" odnosić się powinno do wierzeń słowiańskich, o których wiemy bardzo niewiele - a o tym, w co wierzono na naszych ziemiach wcześniej (np. w czasach wpływów rzymskich)  jeszcze mniej. Owszem, nie mamy podstaw sądzić, że były to rozwinięte systemy religijne - i zapewne nie były. Ale nie można ich odsądzać - w przenośni i dosłownie - od czci i wiary. Ba, zaryzykowałabym stwierdzenie, że czci dla bóstwa i wiary mogło być w nich więcej niż w religijności statystycznego polskiego katolika.

A poza tym akurat katolicyzm nie miał nigdy tendencji ikonoklastycznych, a zatem pretensje do tego, że katolicy potrzebują widomych i namacalnych pośredników między nimi a bóstwem, są dość chybione. Troszkę za późno na walkę z kultem obrazów...

Jeśli zaś chodzi o polityczną poprawność: osobiście wolałabym, żeby nieśmiesznego kawału o Murzynach, Żydach, Polakach, muzułmanach czy kimkolwiek innym, nie wypadało opowiadać ze względu na to, że jako kawał jest nieudany, żałosny i niezabawny, a nie dlatego, że jakoby uraża czyjeś uczucia narodowe czy religijne. Sprawia to bowiem, że nagle nietaktem okazuje się opowiedzenie dobrego i śmiesznego żartu o danej nacji czy grupie. Żart tymczasem - podobnie jak każda inna sztuka - powinien być oceniany wyłącznie na podstawie swojej artystycznej wartości. "Nie ma książek moralnych i niemoralnych. Są książki dobre i złe" - napisał w przedmowie do Portretu Doriana Graya Oscar Wilde, a ja podpisuję się pod tym stwierdzeniem wszystkimi czterema łapkami.

I chciałabym używać zadomowionych w polszczyźnie słów, a nie musieć je obchodzić opłotkami. Ale skoro nic nie mogę poradzić na to, że zabrania mi się mówić, że ktoś mnie ocyganił, to ja bardzo proszę o zaprzestanie używania słowa "pogański" jako określenia pejoratywnego.

 Ofiarnicy, brąz etruski

* Dziękuję nieocenionej szperaczce ninedin za linka :)

** Wbrew temu, co się niektórym wydaje, mała litera nie jest tu wyrazem braku szacunku ani błędem typograficznym, ale wynika z polskiej normy językowej, która wyznawców religii każe pisać małą literą, narodowości zaś dużą.

PS. Tytuł notki pochodzi z jednego z moich ulubionych wierszy, Z Jonii Konstandinosa Kawafisa (skądinąd mojego ulubionego poety i patrona moich blogów), który w całości (i przekładzie Zygmunta Kubiaka) brzmi następująco:

Że rozbiliśmy ich posągi,
że ich wygnaliśmy z ich świątyń,
bogowie jednak od tego nie umarli.
O, ziemio Jonii, kochają oni ciebie,
oni jeszcze o tobie pamiętają.
Kiedy świta nad tobą sierpniowy poranek,
przez twe powietrze przeciąga dreszcz gorący z ich życia.
I nieraz jakaś eteryczna postać młodzieńcza,
nieuchwytna, szybka,
nad wzgórzami twoimi przelatuje.

piątek, 19 września 2008
Damnatio memoriae

Kiedy jeszcze obracałam się w środowisku postmodernistów, a także wcześnie, kiedy jako dziecku zdarzało mi się przysłuchiwać rozmowom filozofów, nieustannie spotykałam się z osobami pełnymi uwielbienia dla niejakiego Martina Heideggera, takoż filozofa. Dla mnie osobiście literacko i filozoficznie niestrawnego, nigdy nie byłam w stanie zrozumieć, o co mu naprawdę chodziło, ale z filozofią to w sumie w ogóle jestem na bakier, pomimo doświadczeń z wspomnianego dzieciństwa.

Otóż z tych rozmaitych dyskusji najbardziej wryło mi się w pamięć nie to, co Heidegger miał do powiedzenia o bycie, egzystencji czy czym-tam-kolwiek jeszcze, ale podnoszony raz za czas problem jego niesławnej przeszłości. Martin Heidegger, idol postmodernistów i filozofów człowieka, był bowiem członkiem NSDAP przez cały czas jej istnienia, był też za rządów Hitlera rektorem uniwersytetu we Freiburgu, jego wykład inauguracyjny poświęcony był samookreśleniu niemieckich uniwersytetów... Co więcej, wygląda na to, że nigdy się nie wstydził tego etapu swojego życia, skoro w wywiadzie udzielonym w 1966 r. tygodnikowi Der Spiegel (pod warunkiem, że ukaże się pośmiertnie) wyjaśniał swoje zaangażowanie w nazizm między innymi tak (cytuję za artykułem w Wikipedii): "twierdził, że nie było innego wyjścia, tłumacząc, że usiłował ratować uniwersytet (i ogólnie naukę) przed upolitycznieniem, i dlatego musiał pójść na kompromis z rządem nazistowskim." O tym, że nie był to jedynie kompromis, ale prawdziwe zaangażowanie, świadczą jego wypowiedzi z owego czasu (odpowiednie cytaty można znaleźć w angielskiej Wikipedii). Niezbyt pięknie wygląda też odcięcie się od bezpośrednich kontaktów z własnym mistrzem, Edmundem Husserlem, ponieważ ten ostatni był Żydem (a wszystko rozegrało się jeszcze przed wojną, bo Husserl zmarł w 1938); Heidegger nie poszedł nawet na jego pogrzeb.  Jeszcze za życia Husserla nie zrobił zaś nic, żeby przywrócić mu prawo do wykładania, odebrane ze względu na etniczne pochodzenie. Ponoć był również denuncjatorem i donosicielem i przyczynił się do aresztowania kilku naukowców, w tym jednego późniejszego laureata nagrody Nobla.

Heidegger po wojnie, w wyniku denazyfikacji, otrzymał na kilka lat zakaz nauczania w Niemczech, w związku z czym zaczął uprawiać filozofię we Francji i szybko stał się duchowym mistrzem wielu filozofów-humanistów. Ci, z którymi się zetknęłam - a były to nierzadko albo autorytety w swojej dziedzinie, albo wręcz tzw. autorytety moralne, albo też postmodernistyczni guru - ostro protestowali, kiedy ktokolwiek podnosił przeszłość Heideggera w kontekście jego prawa do wypowiadania się w kwestiach etycznych i egzystencjalnych. (Co więcej, niektórzy wręcz robili co mogli, żeby umniejszyć winy swojego idola, co akurat uważam za śmieszne i żenujące; powinni umieć po prostu powiedzieć: nie obchodzi nas życiorys, obchodzi nas tylko filozofia.) Bo najważniejsza była dla nich filozofia - dla mnie, jak wspomniałam, mętna, ale de gustibus non est disputandum

Dlaczego nagle ni stąd, ni zowąd napisałam to wszystko o Heideggerze? Chyba nietrudno się domyślić. Sapientibus sat.

Grobowiec w Xanthos

PS. A tak na marginesie - amerykański program kosmiczny powstał przy wielkim udziale naukowców niemieckich, których przeszłość też pozostawiałaby moralistom sporo do życzenia.

 
1 , 2
Zakładki:
...
Blogi (i foto) moje
Blogroll
Miejsca w necie
Ulubione - artystycznie
Ulubione - filmowo
Ulubione - literacko
Ulubione - muzycznie
Ulubione - naukowo
Ulubione - przyrodniczo
Ulubione - zabawnie
Z tego bloga czyli moje ulubione lub najpopularniejsze notki
Tagi
       

       Copyright