sobota, 25 marca 2017
Gioacchino Massimo

250 lat temu w małej miejscowości Labastide-Fortunière na południu Francji przyszedł na świat najmłodszy syn lokalnego oberżysty i dzierżawcy pobliskich arystokratycznych dóbr. Człowieka jak na swój stan (niższy trzeci) raczej zamożnego i zaradnego. Co więcej, wszystko wskazuje na to, że cała rodzina była piśmienna i jakieś tam aspiracje miała. A nadchodząca rewolucja miała otworzyć drzwi aspiracjom stanu trzeciego.

Labastide-Murat

Póki co jednak, tuż przed rewolucją, najmłodszy syn oberżysty został posłany do seminarium w Tuluzie: wcześniej dobrze się uczył, a dla człowieka z jego pochodzeniem liczba ścieżek kariery była jeszcze ograniczona. Nie wytrzymał tam długo - znacznie bardziej pociągały go płeć piękna, spotkania towarzyskie, jazda konna oraz piękne mundury. A że pewnego dnia przez miasto przejeżdżał oddział kawalerii, świeżo upieczony kleryk rzucił seminarium i zaciągnął się do armii. Następne kilka lat było burzliwe zarówno dla Francji, jak i dla niego osobiście: niesubordynacja kosztowała go wyrzucenie z wojska, ale jako subiekt w sklepie kolonialnym w rodzinnych stronach nie wytrzymał długo, toteż wrócił do Paryża, gdzie zaczął znów wspinać się po stopniach kariery republikańskiej i militarnej. Zdarzyły się tam również epizody tragikomiczne, np. był na krótko aresztowany za używanie nazwiska pewnego słynnego rewolucjonisty, które brzmiało bardzo podobnie do jego własnego.

Udało mu się jednak w tym wszystkim nie stracić głowy - ani dosłownie, ani przenośnie - i wrócić do ukochanej kawalerii. Tymczasem nadszedł rok 1795 i inny bardzo młody człowiek, mający to szczęście w życiu, że jego ojciec zdołał wylegitymować się szlacheckim pochodzeniem na tyle, żeby synom dać lepsze wykształcenie, zaczynał właśnie robić zawrotną karierę. I tak się złożyło, że w chwili, kiedy wykonywał drugi w swojej karierze decydujący krok, pod ręką znalazł się nasz syn oberżysty, dosłużywszy się w międzyczasie stopnia podoficerskiego, i walnie przyczynił się do sukcesu, który dwa lata młodszego od niego oficera uczynił generałem.

Przez kolejne niemal dwadzieścia lat byli praktycznie nierozłączni. Syn oberżysty został najpierw adiutantem generała, potem ożenił się z jego siostrą, a potem zrobił karierę niemal równie błyskotliwą jak jego szef. Prawie, bo został tylko królem, a nie cesarzem.

Był bardzo dobrym królem, mimo że zamiłowanie do kawaleryjskich wyczynów i ekscentrycznych strojów nie przeszło mu od lat młodzieńczych, przez co złośliwcy obdarzyli go przydomkiem "króla dandysa". W swoim Neapolu przez raptem sześć lat zdołał wprowadzić całkiem sporo reform i postępowych innowacji, co przyczyniło się choć trochę do wydobycia się południowej Italii z konserwatywnego marazmu.

Kiedy naszedł kryzys, usiłował ocalić swoje własne królestwo kosztem dawnych lojalności, ale nie zdołał naprawdę zdradzić ideałów i przyjaźni z minionych lat, co koniec końców przypłacił życiem, ponieważ kongresowi wielcy gracze nie mieli najmniejszej ochoty pozostawiać czegokolwiek w rękach tych, którzy na ponad dwie dekady zdołałi zachwiać starym porządkiem.

Ale rewolucyjnych zmian nie da się powstrzymać, toteż jakkolwiek rozpaczliwa próba zjednoczenia Italii podjęta jeszcze w 1815 przez syna oberżysty i króla w jednej osobie nie powiodła się, "Odezwa z Rimini" stała się zarzewiem buntów przeciwko przywróconej konserwatywnej władzy i jednym z założycielskich dokumentów włoskiego Risorgimenta, niepodległości i zjednoczenia, które dokonało się pół wieku później.

A reakcyjni konserwatyści, którzy w kalabryjskim Pizzo rozstrzelali Joachima Murata, króla i syna oberżysty w jednej osobie, najznakomitszego kawalerzystę wszech czasów i jedną z najbarwniejszych postaci epoki obfitującej w niezwykłe życiorysy, pokazali tym gestem głównie swoją małość, mściwość i strach przed tymi niedającymi się powstrzymać zmianami.

Murat pod Jeną

PS. Dobrze się składa, że te urodziny wypadają w dzień, kiedy świętujemy europejskość, bo mój bohater był jednym z tych, którzy marzyli o wspólnocie europejskiej: jednym prawie równym dla wszystkich, jednej walucie, wprowadzali równouprawnienie religijne i znosili poddaństwo chłopów, zakładali szkoły i wodociągi, walczyli z reakcjonizmem i zacofaniem. Wtedy się nie udało, mimo że projekt był skrojony na miarę swej epoki, z wszystkimi jej ograniczeniami - zwyciężył konserwatyzm, który wyprodukował wojujące, izolacjonistyczne nacjonalizmy. Skutki tego zwycięstwa, mimo że było czasowe, obserwujemy do dziś.

czwartek, 30 grudnia 2010
Podsumowanie roku (2010)

Rok 2010 był to dziwny rok, w którym klęski na niebie (nie poleciałam na konferencję do Oksfordu z powodu wybuchu wulkanu) i ziemi (zepsuł mi się samochód we Francji, którą przemierzałam w drodze z konferencji w Exeter na wakacje w Andaluzji) przeplatały się z rozmaitymi sukcesami - tak właściwie powinnam ten rok podsumować, parafrazując mojego wysoce nieulubionego pisarza...

Ale zamierzałam zacząć inaczej, tak mianowicie: Ze względu na nieliczne głosy domagające się napisania czegoś nowego, autorka informuje, że gdyby wyrosła z tuzin macek, to może by coś wcześniej napisała ;) A tak poza tym, w krótkim żołnierskim raporcie, to autorka przede wszystkim wpadła po uszy w tłumaczenie angielskiej poezji romantycznej - ba, okazało się nawet, że znalazł się ktoś, kto zechce to wydać; ba - nie byle kto, bo "Literatura na świecie". Autorka jest więc oczywiście dumna i blada, a także wniebowzięta, ale zarazem przeżywa kryzys pracy tłumaczeniowej. Na dodatek redakcji ponoć spodobały się również okołoromantyczne zdjęcia, co jeszcze bardziej uskrzydliło niżej podpisaną. Skądinąd wizyta na Cimitiere Accatolico w Rzymie, gdzie pochowani są Keats and Shelley, główni bohaterowie moich poetyckich zmagań, była jednym z większych przeżyć mijającego roku.

Grób Keatsa w Rzymie

Nie, to nie tak, że nagle zaczęłam pogardzać prozą, prozą popularną czy też prozą młodzieżową. Po prawdzie kilka książek z tego "segmentu", jak mawia marketingowa nowomowa, wciąż bardzo lubię i lubię je tłumaczyć. Sęk w tym, że w tłumaczenie poezji mogę jednak włożyć znacznie więcej siebie, a jeszcze bardziej chciałabym pisać rzeczy własne. Mam pomysły, zarówno fabularne jak i związane z archeologią czy może nawet bardziej historią sztuki antycznej, ale pospolitość skrzeczy i raz po raz straszy pustkami na koncie.

W mijającym roku pobiłam osobisty rekord - przetłumaczyłam osiem nie takich znowu cienkich książek, do tego robiąc jeszcze mnóstwo innych rzeczy i chcąc nie chcąc spędzając prawie sześć tygodni na częściowo przymusowych wakacjach oraz kolejne w sumie jakieś trzy tygodnie na wyjazdach bardziej "służbowych" (czasem mam wrażenie, że udało mi się rozciągnąć czas, bo realnie nie wiem, jak dałam radę z tym wszystkim...). Napisałam też z N. książkę popularnonaukową, która chyba wreszcie niedługo się ukaże. I w sumie to chciałabym chwilowo robić nadal, skoro życie zmusza mnie do zarabiania: pisać książki popularnonaukowe, choć oczywiście wymaga to znacznie więcej myślenia i pochłania więcej czasu niż tłumaczenie.

Kończąc to narzekanie, winna jestem rokowi 2010 (a właściwie 2009/10, bo nigdy nie wspomniałam o jesieni 2009, jako że lata akademickie mieszają mi się z kalendarzowymi) pochwałę za to, że udało mi się zobaczyć kilka wspaniałych miejsc: przypomnieć z dzieciństwa Granadę, Kordobę, Sewillę i Toledo, poznać Meridę (rzymska Emerita Augusta), hiszpańską Bolonię (Baelo Claudia), Carmonę, Rondę, Numancję i jeszcze parę innych fantastycznych miejsc w Hiszpanii. Po raz pierwszy również zawitałam na Cyprze, realizując w ten sposób jedno z marzeń, choć nie zobaczyłam jeszcze nawet połowy z tego, co chciałam (a to po części z powodu klęski bardzo przyziemnej, a raczej przypodłogowej, mianowicie rozbicia głowy o parapet i opóźnienia wylotu). Zwiedziłam też kilka nowych muzeów z cudownymi kolekcjami sztuki antycznej: jeszcze jesienią 2009 kopenhaskie Ny Carlsberg Glyptotek i Nationalmuseet, oraz przypomniałam sobie Museeninsel w Berlinie, a już w 2010 monachijską Gliptotekę (tu niby kiedyś biegiem byłam) i Antikensammlung, a także rzymską Villa Giulia ze sztuką etruską, która w zeszłym roku była zamknięta. Z powodu wzmiankowanej klęski na ziemi, a konkretnie na autostradzie (zepsuty rozrząd w samochodzie) poznałyśmy również z N. niespodziewany kawałek Francji - między Poitiers a La Rochelle, jako że wylądowałyśmy w miasteczku Niort praktycznie w połowie drogi między nimi - który okazał się całkiem ciekawy, zarówno pod względem zabytków rzymskich jak i neolitycznych oraz legend o Meluzynie i Lusignanach. Swoją drogą trasa do Exeter też była niezła: odwiedziny we wspaniałym muzeum w Kassel oraz rewizyta w Stonehenge. No i oczywiście szalony wypad na jedną noc do Mannheim, żeby zobaczyć dwie fenomenalne wystawy (Alexander der Grosse und die Öffnung der Welt o świecie hellenistycznym oraz Das Gold der Steppe o złocie scytyjskim), a przy okazji całkiem sympatyczne lokalne muzeum starożytności i nie tylko.

Niort

W dziwnym roku 2010 mało miałam czasu na czytanie i pisanie dla własnej przyjemności; wstyd się przyznać, że nie zdążyłam obejrzeć wielu filmów, które zobaczyć bym chciała.  Widziałam w kinie i w telewizji kilka olśniewających spektakli operowych, między innymi Don Giovanniego i Carmen z Covent Garden (tak naprawdę to spektakle z lat wcześniejszych, ale dla mnie odkrycia tegoroczne) oraz Złoto Renu z La Scali (Walkiria była ciekawa, ale już nie aż tak olśniewająca głosowo i scenograficznie) i z Metropolitan Opera,  a także zakochałam się bez reszty w Simonie Keenlyside (takoż on w cytowanym Don Giovannim). W kwestiach kulturalnych powinnam jednak w zasadzie zrobić podsumowanie książek nieprzeczytanych i filmów nieobejrzanych...

Muszę jednak wyznać, bo inaczej N. i tak to ujawni, że niemal na koniec roku zakochałam się w jednym filmie, którego niestety z rozmysłem w kinie nie obejrzałam, jako że dla polskiego dubbingu robię wyjatek wyłącznie w przypadku Shreka. Obiektem mojego zakochania został zresztą film z tej samej wytwórni, mianowicie How to Train Your Dragon (Jak wytresować smoka). Do smoków od bardzo dawna miałam wielką sympatię (indoeuropejskiemu kręgowi kulturowemu nie mogę darować, że te wspaniałe stworzenia są tu zazwyczaj postrzegane negatywnie), czemu daję wyraz na powyższym zdjęciu z Niort, toteż w sumie nic dziwnego, że film z takim tematem i taką animacją urzekł mnie calkowicie.

Zakładki:
...
Blogi (i foto) moje
Blogroll
Miejsca w necie
Ulubione - artystycznie
Ulubione - filmowo
Ulubione - literacko
Ulubione - muzycznie
Ulubione - naukowo
Ulubione - przyrodniczo
Ulubione - zabawnie
Z tego bloga czyli moje ulubione lub najpopularniejsze notki
Tagi
       

       Copyright